Wpisy z okresu: 9.2009

Piątek  godz. 17.00  


   Byłem spóźniony ale ich na szczęście jeszcze nie było. To początek weekendu.

Na drogach spory ruch. Jedni wracają ze stolicy po tygodniu pracy do domu. Inni szukają odpoczynku w promieniach jesiennego słońca. Wszyscy jednak zatrzymują się co chwilę,  przeklinają korki na drogach,  złorzeczą na rząd, który nie potrafi wybudować autostrad, i  wyzywają każdego, kto próbuje wcisnąć się samochodem przed nich. Taka to przyjemność z posiadania samochodu w tym kraju. Mam nadzieje, że już niedługo nadejdzie dzień gdy  powstanie gigantyczny korek od morza do Tatr, i  złość ludzi zmiecie tych wszystkich, co potrafią tylko urządzać wielkie biby  po oddaniu 15 kilometrów odcinka wybudowanej autostrady!

Póki co, zostawiłem samochód na parkingu i pobiegłem w poszukiwaniu ubikacji. Za ogrodzeniem parku znalazłem budkę z rysunkiem kółko i trójkąt. Kiedy wracałem dostrzegłem w promieniach słońca między drzewami, gdzieś w dole, migające odbicie tafli wody. Ciepły wiatr zdmuchiwał żółte liście z drzew, które wirowały wokół mnie gdy szedłem w stronę w jej stronę. Na brzegu  dotyknąłem wody – poczułem przyjemny chłód. Byłem tutaj tyle razy ale nigdy nie zwróciłem uwagi na to jezioro. Dzisiejsze promienie słońca chyba obudziły je dla mnie. Stałem na brzegu i ze zdumieniem patrzyłem jak jest duże i że pływają po nim łódki. Zahipnotyzował mnie ten widok. W oddali na brzegu przysiadła para młodych chłopaków. Przez chwile wydawało mi się, że trzymali się za ręce – choć może mi się przywidziało w tym słońcu.

Nigdy nie myślałem, że gdzieś w sercu Śląska może być miejsce, jak z bajki – Jezioro Paprocińskie.  No tak – cuda jednak się zdarzają.

 

Z tego błogostanu wyrwał mnie dzwonek telefonu:

- Gdzie jesteś do cholerki, już przyjechałem, czekam pod samochodem od 5 minut?!

Porzuciłem ten cudowny widok i  pobiegłem na parking. Powitałem Eda uśmiechem, on tylko wykrzywił usta. Załadowaliśmy jego bagaż do samochodu i ruszyliśmy do domu. Po chwili  znowu stanęliśmy w korku.

- Daj swój telefon - przerywał ciszę głos Eda – w moim padła bateria. Muszę zadzwonić.

Korek przesuwał się z prędkością 5 km na godzinę, ktoś ze zniecierpliwionych kierowców zaczął trąbić.

- Jak z niego się połączyć? Nie mogę! Co za głupi masz telefon!!

- To nie wina telefonu tylko, ty jesteś zły.

- Nie jestem zły tylko zmęczony a tu zamiast jechać stoimy w korku.

- Nic na to nie poradzę.

- A powinieneś.

W końcu ruszyliśmy.

Kierując patrzyłem na Eda, milczał i spoglądał w okno. Ostatnio każdy powrót z Warszawy wygląda podobnie. Kiedy przyjeżdżam po niego, widzę zmęczenie na twarzy i zaciśnięte wargi. Ciężko jest żyć pół roku na odległość, ciężko jest całymi dniami uczyć się nowego języka. Już niedługo się to skończy, już niedługo będziemy razem, już niedługo wyjedziemy.

Nareszcie dojechaliśmy do domu. Podgrzałem przygotowany obiad. Zajedliśmy. Zrobiło się cieplej. Kiedy wieczorem rozłożyłem łóżko – Ed położył  się zaraz obok i wtulił się we mnie jak dziecko. Zasnęliśmy. Po godzinie pocałował mnie w policzek;

   - Chrapiesz, idę spać do drugiego pokoju.  

  Sobota godz. 18.00

 


   Jestem z Edem już 8 lat. Znaleźliśmy swoje miejsce, mamy dom, gdzie żyjemy razem. Pół roku temu podjęliśmy decyzje o wyjeździe do Szwecji. Zawsze chcieliśmy zamieszkać za granicą. Jednak na tym etapie życia nie była to decyzja łatwa. Ed będzie tam dalej lekarzem. Ja jeszcze nie wiem, co będę robić. Mamy nadzieje, że będzie dobrze. Przed chwila rozmawialiśmy z parą, która 5 lat temu wyjechała do Szwecji. Ogólnie są zadowoleni. Powiedzieli jednak, że; – „jeżeli myślicie że Szwedzi są tolerancyjni – to spotka was rozczarowanie, nic nie powiedzą z poprawności, ale jak trzeba będzie rzucić w okno kamieniem to,  to zrobią”.


 
 Niedziela godz. 13.00  

   - Może byśmy gdzieś pojechali po obiedzie, jest takie piękne słońce?
   - Gdzie?

   - Dawno nie byliśmy w Wiśle.

Godzinę później byliśmy  w drodze do Wisły. Znowu korki. No tak, niedzielne rodzinne, popołudnie. W pierwszym samochodzie: mąż, żona, dzieci.W drugim samochodzie: mąż, żona. W trzecim samochodzie: mąż, żona, dzieci.W czwartym samochodzie: chłopak, dziewczyna…W trzydziestym dziewiątym samochodzie my; facet i facet. Ups! Zgrzyt w sielskim obrazku!

 

Wisła. Na deptaku  tłum. Poszliśmy więc nad rzekę. Nad rzeka tłum. Wraciliśmy na deptak. Znależlismy wolny stolik. Zamówiliśmy  kawę i gofry. Niestety nie były to gofry z  „ frużeliną”. Jedliśmy takie cztery lata temu Nad Soliną. Były z bitą śmietaną , wielka ilością owoców, i polewą z „ frużeliny”- z czego się składała już nie pamiętam ale smak był cudowny!

   - Pojechałbym Nad Solinę – mówi Ed – chociaż na parę dni.
   - Też bym pojechał.

Siedzielismy tak i marzylismy o morelowych wzgórzach, owianych słońcem. Marzenia pozostały dla nas jedyna namiastką   Przed wyjazdem do Szwecji nie zdążymy poczuć smaku gofrów z frużeliną. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że przy stoliku obok siedział facet z żoną, dziećmi i…  zerkał na mnie. Po trzydziestce, brunet, przystojny. Kilka razy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Rozpoznałem ten rodzaj spojrzenia. Każdy przecież wyczuwa, kiedy wzbudza czyjeś pożądanie. Jego żona zajęta była wycieraniem ubrudzonych czekoladą dziecięcych buzi. Ed palił papierosa i spoglądał w przeciwna stronę. Brunet zaś coraz częściej zerkał na mnie i coraz dłużej zatrzymywał swój wzrok. Chyba jesienne słońce  przygrzało mu szare komórki a może to ja miałem znowu jakieś urojenia. Ten dziwny incydent, nawet jeśli był rojeniem, wywołał wspomnienia. Będąc z Edem zapomniałem jak to jest być: żonatym i dzieciatym facetem, który kiedy tylko poczuje lekki powiew swobody,  nawet w towarzystwie rodziny ogląda się za innymi facetami ale zawsze robi to tak, by widział to  ewentualnie zainteresowany, bo przed światem trzeba się kontrolować. O nieba! Jak dobrze jest żyć bez potrzeby ukrywania własnych pragnień.

  Wracamy. Znowu korki. Wieczorem kochaliśmy się; z każdym oddechem coraz bardziej, drżeliśmy tak jakby  to był pierwszy raz. Potem zasnęliśmy nie wiedząc kiedy. Obudziliśmy się wcześnie rano. Trzeba wstawać. Ed musi wracać do Warszawy.

Minął już ostatni weekend lata

Minął ostatni dzień w mojej pracy.

Wszystko stało  się mimochodem

Nawet ja nie zauważyłem

Z drzew spadają kasztany.

Wszystko się zmienia.

Za miesiąc wyjadę z kraju.

Dziwne uczucie kiedy coś, o czym marzyłeś od wielu lat ma się spełnić.

Nie wiem jak u innych ale  ja kiedy o czymś marzę stwarzam sobie w głowie obraz  tego, co będzie. Niestety tak długo żyłem tylko wyobrażeniami, że mój obraz stał się coraz mniej realny, aż zaczął się rozmywać, zaś rzeczywistość tutaj pozwoliła zapuścić kwiatom korzenie,  puste pokoje zapełniła codzienność: ludźmi, meblami, starzejącymi się przedmiotami.

Po prostu życie.

A kiedy chodziłem do szkoły, patrząc na rzeczywistość wokoło wołałem: „ Ameryko, Ameryko!”- i chciałem uciekać  przez Berlin Zachodni na Zachód , potem dalej do Stanów, Kanady lub Australii aby móc czuć codziennie smak gumy Donald lub „ Donaldówy” jak swojsko ja nazywaliśmy. Upłynęło trochę lat i teraz tutaj można już codziennie czuć smak gumy Donald.

Czy to jednak to samo?

Czy nie dałem się nabrać  na podobny smak?

Wkrótce się przekonam…


  • RSS