Wpisy z okresu: 12.2009

Wczoraj było już ciemno, kiedy  na drodze spostrzegłem wystające znad śniegu długie uszy.
Czy to jest to, co mam na myśli – zastanawiałem się?! Przeciez zające nie żyja w mieście.
Kiedy ruszyłem do przodu, zwierzątku zrobiło susa w stronę pobliskiego domu.

- To był zając?
- Tak - odpowiedział Ed.

    Poszliśmy do domu, w stronę  Szczęśliwego Lasu jak nazywaja ten rejon miasta  Szwedzi.
Zaczął padać śnieg i zrobiło się jak w bajce.


   Musiałem wyjść z domu jeszcze przed godziną 8 rano. Na zewnątrz panowały  jeszcze egipskie ciemności.  Niestety z przerażeniem stwierdzam ze od początku grudnia ten stan się  coraz bardziej pogłębia . Zaczyna się przejaśniać dopiero po 8.30  a zmierzch zapada już po15.00. Znajomy Eda z pracy stwierdził, że to normalne tutaj. Z kolei latem trzeba zakładać żałuje do okien bo noc zapada tu dopiero  koło 23.00 a jasno robi się juz przed 4.00. Do tej pory nigdy  na długo nie ruszałem się  w inne części świata, dlatego nie odczuwałem,  co to geografia. Dzisiaj miałem okazję poczuć to podwójnie;   bo ponadto musiałem  20 minut spędzić  na odśnieżaniu samochodu i skrobaniu zamarzniętych szyb. Przecież przed wyjazdem wszyscy zapewniali, że w tej części Szwecji zimy praktycznie nie ma!! Niech sobie wsadzą to swoje „praktycznie” … głęboko. Było -11 (!!) stopni, śniegu po kolana. Kiedy tylko skończyłem, ruszyłem  w drogę, no i wtedy zaczęła się moja jazda po lodzie.  Białe ulice a pod sniegiem lód, bo Szwedzi na drogi puszczają  pługi ale dbając o tą swoja naturen, niczym ich nie sypią tylko odśnieżają. Na każdym zakręcie rzucało samochodem na wszystkie strony.!! Chyba ekologia zaćmiła im rozum. 

   W końcu dojechałem do skalistego wzgórza we wschodniej części miasta. Jest tam  kompleks starych budynków z przełomu XIX i XX wieku.  Służył kiedy za szwedzkie koszary, obecnie jest  tu szkoła – to  obok szpitala druga największa  budowla w mieście.  Co ranek, kiedy tu przyjeżdżam staje mi przed oczami cesarz  Franciszek Józef  i monarchia austriacko – węgierska. Dzisiaj  Franciszek Józef  każe mi nie zapomnieć wstąpić, kiedy będę wracał  do sklepu  i kupić wszystko, co potrzebne na czekoladowe ciasto. które swój żywot kucharski zaczynało właśnie  za jego panowania. W jednym z tych wielkich budynków  Szwedzi organizują : Svenskundervisning för invandrare czyli jak to wszyscy nazywają SFI – kurs języka szwedzkiego dla obcokrajowców. Każdy cudzoziemiec, który chce  funkcjonować w Szwecji  musi nauczyć się języka, bo język jest jednym z podstawowych narzędzi komunikacji, choć Szwedzi twierdza,  że to tylko 30 procent ludzkiej komunikacji interpersonalnej. SFI  to szwedzka metoda edukacji językowej, zbudowana w bardzo prosty sposób. Przebywasz  w Szwecji legalnie możesz przyjść i za darmo zapisać się na kurs. Jesteś azylantem czyli przebywasz pół legalnie – a to ¾ obcokrajowców w Szwecji,  musisz chodzić na kurs żeby państwo dawało ci mieszkanie, płaciło za twoje utrzymanie – to szwedzki wkład  w pomoc ludziom z najbiedniejszych części świata. Wszystko zmierza jednak w kierunku tego aby  asymilować cudzoziemców poprzez język. Szedłem tego ranka korytarzami tej asymilacji.  Topografia  wygląda znajomo.  W Polsce parę razy zdarzyło mi się wędrować  podobnymi korytarzami ale podobne po szwedzku nie znaczy takie samo. Chciałbym aby korytarze i sale lekcyjne w Polsce  wyglądały, tak jak tutaj; wyposażenie estetyka, funkcjonalność. Wszystko doprowadzone do perfekcji. Tak samo jak ich metoda asymilacji.

- Hej, Hej!- wyrwało mnie nagle czyjeś wołanie.
Korytarz był pełen ludzi a jakaś szczupła kobieta z dziwacznym turbanem na głowie wymachiwała z całych sił i krzyczała ile bóg dał jej pary w płucach.
- Hej –odpowiedziałem pozdrowieniem. To Afryka. Chodzi ze mną na kurs. Młoda, wyłupiaste wiecznie zdziwione oczy.

Takich jak ona jest tu więcej. Mówią po; hiszpańsku, arabsku  i wielu innych językach. Skóra większości z nich jest ciemna chociaż symbolicznie  mówię kolorowa. Czasami mam problem z różnieniem niektórych, nie mówiąc już o zapamiętaniu imion. Dlatego  określam wszystkich nowo poznanych  nazwami państw  lub jeśli to pozostaje dla mnie nieodgadnione nazwami kontynentów. I tak poznałem tu: Bośnie – z piersiami jak dwie wielkie mleczarnie, Chiny – które, nawet w trakcie zajęć musza ciągle nerwowo coś jeść i pić, piękną Syrię, brzydką Chile.
Zastanawiam się co ich  tu przywiodło. Każdy ma  swoja historię,   której
wspólnym mianownikiem jest teraz to miejsce. Przyjechali  tu jednak z różnych powodów: jedni –  gnani wizją lepszego jutra – jak Afryka, Syria, inni  - poszli za głosem serca – czyli ich żony partnerzy są rodowitymi Szwedami, to –  Bośnia, Chiny, męską Kanada i Panama. Jeszcze inni – jak ja, są tu – bo szukali swojego miejsca; gdzie mogą spróbować tego, co zazwyczaj odkładali na potem, co było niedostępne albo zakazane.

    Tak faktycznie, teraz w końcu,  kiedy wyjechałem  próbuje wszystkiego, co  było dla mnie zakazane. Zacząłem zapuszczać włosy- bo zawsze chciałem mieć długie. Ed powtarza, że porosłem jak niedźwiedź. – Będziesz mi jeszcze zazdrościć złotych bujnych loków! –śmieje się.  Postanowiłem też zrobić tort czekoladowy. W dzieciństwie był on dla mnie  trochę jak zakazany owoc : wyglądał  pięknie na zdjęciu w książce kucharskiej.  Wiele razy prosiłem;  - Mamo zrób mi taki! – ale Zofia zawsze powtarzała, że ciasto czekoladowe  nie jest dobre. Odnalazłem więc teraz to zdjęcie  ze starej ksiązki kucharskiej, znalazłem przepis i po zajęciach  pojechałem na zakupy.

   W sklepie miedzy pólkami wpadam Mehmeda. Poznałem go w SFI  był ze mną w grupie początkowej, ja po dwóch tygodniach poszedłem dalej a on został w grupie startowej. Ma 22 lata, piękną morelową skórę, czarne włosy , cudownie wyrzeźbione ciało. Pierwszy mężczyzna, na którymi się spodobał w Szwecji. Przyjechał tu  z Libanu ze swoją młoda żoną i ubiega się o azyl. Uśmiechnąłem się i powiedziałem; – hej. Też się uśmiechnął i odpowiedział skinieniem głowy, po czym zniknął miedzy półkami. Wiodłem tęsknymi oczami  po regałach gdzie jeszcze przed chwilą przechodził,  potem szybko załadowałem koszyk : czekolada, masło jajka i pomknąłem do kasy  w nadziei, że może jeszcze tam będę mógł nacieszyć swój wzrok Mahmedem.  Nie było go, ale może to dobrze, bo pewnie do domu przyniósłbym słodką czekoladę zamiast gorzkiej. Swoja drogą prześladuje mnie ta Arabia na każdym kroku, jest ich tu bardzo dużo.

    Wszystkie produkty zgromadzone  bo cukier waniliowy mąkę oraz dżem morelowy miałem w domu. Zmieszałem wiec ciasto, tak jak było w przepisie i wstawiłem formę do piekarnika. Po czym pobiegłem założyć pranie w pralni. Gdzie  dla przeciwwagi dzisiejszego dnia spotkałem kolejnego mężczyznę: tym razem typowego młodego Szweda; dziwaczna kurtka, spod której wystawał pomięty podkoszulek, spodnie dresowe opadające na pół tyłka i odsłaniając kolorowe slipy, włosy rozmierzwione na wszystkie strony i mały kwadratowy kolczyk z cekinem w uchu. – Hej! -powiedział grzecznie na powitanie. Brr… !

Wróciłem czym prędzej do swojej kuchni i poczułem ciepły przyjemny zapach wydobywający się z piekarnika. Za oknem było już ciemno i padał śnieg. Zaparzyłem sobie herbaty, zasiadłem przy stole. Przez moment wydawało mi się jakbym był w domu, w jednej z bajek z dzieciństwa. Ciepło bezpiecznie i pachnąco. Do tego stopnia, że zapomniałem  o wyciągnąć pranie. Torktumlare się jednak dziś na mnie obraziła!  Wydawało mi się, że po kilku wizytach w pralni opanowałem już kwestię suszenia prania w tych dziwacznych maszynkach. Jednak  po 75 minutach obracania się w kółko w temperaturze 60 stopni pranie dalej było wilgotne. Załączyłem je z powrotem.

Potem dalej zająłem się ciastem czekoladowym. Przekroiłem je na pół, posmarowałem dżemem morelowym i oblałem polewą. Przenosiłem właśnie tort aby posprzątać stół, kiedy Ed poprosił, żebym zmienił jego imię na blogu . Powiedział, że już nawet Włodek brzmi lepiej. Obróciłem się w jego stronę i powiedziałem, że się zastanowię ale nie rozumiałem jego braku akceptacji. Podarowałem mu przecież imię, które sam chciałbym nosić. W trakcie tych rozmyślań ręka mi się osunęła i cały tor władował na ścianie.
 -
Sakreble!- zaklął szpetnie Książe Pan – jak to mówiono w bajce o Runcajsie.

Moja złość nie miała granic przeklinałem i krzyczałem, próbowałem ratować, to co skapało ze ściany na podłogę. W końcu Ed nie wytrzymał i wrzasnął;

- Przestań, trzeba było to zrobić jutro, a nie wszystko na raz, po co to robiłeś dzisiaj?!

-Bo chciałem zobaczyć jak smakuje, to czego nie jadłem w dzieciństwie, co było dla mnie niedostępne,  nawet gdybym  miał się przekonać, że nie było warto, bo nie chcę niczego odkładać; na jutro, na potem bo zawsze wszystko odkładałem  na jakieś potem  a za chwilę może nie być żadnego potem! 

   Ale było potem – bo następnego dnia  okazało się, że to co udało mi się uratować z tortu nie było warte wieczornych krzyków w kuchni. Ciasto było suche, zbyt czekoladowe i przereklamowane. Teraz wiem już mamo dlaczego nigdy  nie robiłaś czekoladowego tortu o tym jednak musiałem przekonać się sam,  tu w Szwecji.


   

   Od dłuższego czasu meczę,  bo nie można nazwać tego czytaniem, „ Dziennik z Iowa” Grzegorza Musiała pewnie dlatego, ze ostatnio pochłania  mnie wszystko, co związane z współczesna polska emigracją.  To ksiażka, w której jest wszystko to, co mnie przyciąga i odpycha od literatury polskiej. Może dlatego nie potrafię  przeczytać  jej jednym tchem. Dotarłem do fragmentu:
„ Czy miasta mogą być jak ludzie? Bezczelne lub nieśmiałe? Żle wychowane i namolne lub dyskretnie usuwające się z drogi ?
Nowy  York – perwersyjny i bezczelny.
San Francisco lubieżne i leniwe, to miasto – kobieta, jeżeli Nowy York jest mężczyzną.
Kobietą też jest Paryż, ale chłodna starzejąca się…
Londyn jest rodzaju nijakiego…
Rzym biseksualny mężczyzną…
Boston- kostka lodu w winie.
Warszawa – ani wielka ani piękna. Rozpaczliwie usiłująca coś zrobić z rozmemłana podomką, w którą ubrali ja Gierek z Jaruzelskim.” 
   Jakie jest miasto, w którym ja jestem- zastanawiałem się dzisiaj rano, kiedy stanąłem nad brzegiem zatoki, na plaży. Taflę wody, zastąpił dziś lód a wszystkie drzewa , krzaki i trawa wokoło pokryte były białym szronem. W promieniach słońca  wszystko błyszczało niczym miliony diamentów. W oddali, w dawnym porcie nad białą  równinę wystawał statek- niestatek, który od dawna nigdzie nie wypływa a za nim na horyzoncie dumnie do chmur, strzelał wielki most zawieszony nad wejściem do zatoki.  Może ono jest właśnie takie jak zatoka dzisiejszego ranka; piękne ale zimne. Nie wiem. Dopiero uczę się jego topografii, fizjologii, próbuje wyczuć jego rytm. Może inni potrafią dokonać szybkiej kwalifikacji. Ja pozbawiony jestem tego typu zdolności. Wszystko odbywa się u mnie w drodze długotrwałych procesów. Na razie mogę powiedzieć tyle, że przyjmuje wszystko, co ono mi daje: piękny widok dzisiejszego ranka, uśmiechy ekspedientek w sklepie, kiedy pytają o coś po szwedzku a ja jedynie umiem odpowiedzieć – nej, moje  wyczyny kulinarne  a szczególnie Stefanka, która Ed ochrzcił złośliwie Józefinką i codzienne smsy  z Polski od kolegi z pracy, co nie jest normalne wg teorii Eda, bo jak wyczytałem u Musiała; „ Wszystko w życiu, co niesie życie, jest nim samym. Jest wiec piękne, ważne i prawdziwe.”


  • RSS