Podobno  „sny są językiem Boga”,  jak mówi Coelho, może faktycznie coś w tym jest.  Jakiś czas przed wyjazdem miałem sen. Śnił mi się dom mojej babci  z dzieciństwa. Pachniał jak zawsze latem,  świeżo ściętą trawą i soczystymi gruszkami.  Podszedłem  do drzwi wejściowych wszedłem do środka. Przywitał mnie przyjemny chłód. Otworzyłem drzwi pokoju z nadzieja spotkania babci ale było tam pusto. W korytarzu spotykałem jakiś ludzi, zapytałem gdzie jest babcia, powiedzieli, że na strychu. Wspiąłem się tam po drewnych schodach, przez które prześwitywało słońce. Na górze niestety nie było nikogo.  Pod oknem stała duża drewniana skrzynia. Pamiętam ja bardzo dobrze. Podszedłem bliżej,  uniosłem wieko i uśmiechnąłem się, bo całe wnętrze było wypełnione ziarnem jęczmienia. Dokładnie tak jak w czasach gdy byłem mały. Zamknąłem więc oczy i włożyłem ręce głęboko w ziarna.  Słońce  zatrzymało się w miejscu, czas przestał tykać  i  słyszałem  jak ktoś mówił;  p a m i ę t a j.  Nie mogłem otworzyć oczu bo wiedziałem, że  wtedy zobaczę swoją babcię, a  nawet w snach boje się oglądać umarłych.  Kiedy  całym sobą próbowałem powstrzymać otwierające się powieki, obudziłem się. Nie wiedziałem co znaczy ten sen,  choć wydawało mi się znamienne, ze śni mi się one przed wyjazdem do Szwecji.
    Potem w natłoku spraw zapomniałem o nim.
Kiedy przyjechaliśmy do Skogslyckan i zaskoczyła mnie wielka ilość duktiga svenska gruszek nie przypomniały zapachu mojego snu. Gdy temperatura spadła poniżej 15 stopni i wciąż padał śnieg,  mój dziwny sen powrócił.  Znowu  jak poprzednio powróciłem  do tego samego miejsca, i znów wszystko potoczyło się jak za pierwszym razem. Po przebudzeniu nadal nie wiedziałem o czym mam pamiętać. Próbowałem sobie to wyjaśnić naukowo  i gdzieś wyczytałem, że „sny powtarzające są bardzo ważne, gdyż przeważnie poruszają istotny problem dla śniącego. Podświadomość przekazuje nam coś, lecz my nie umiemy odebrać właściwie jej komunikatu. Wtedy próbuje po raz kolejny.” Zastanawiałem się jakie problemy mi sygnalizuje ten sen.

   Niedługo potem niesiony kolorową świąteczną atmosferą, przemogłem się i po raz pierwszy, na stoisku z rybami na Kungsgatan  kupiłem  świeże filety dorsza. Dotykając, po raz pierwszy, świeże mięso  poczułem się tak jakbym wkładał ręce do skrzyni  z ziarnem pełnym zboża, na strychu w domu babci. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że   odkryłem tajemnicze znaczenie mojego  snu, aż do momentu gdy zacząłem  lekturę  nowej książki, która przyszła z Polski Łskawe. Trafiłem tam na fragment; „ na początku rodzice człowieka łączą się w parę, powstaje kropla, w która Bóg tchnieniem wpuszcza duszę ludzka. Następnie Anioł zanosi krople  rankiem do Piekła wieczorem do Raju a potem pokazuje jej gdzie będzie żyła na ziemi  i gdzie zostanie pochowana… anioł wkłada krople w ciało matki… i jak tylko wyjdzie,  Anioł przeciąga dziecku palcem pod nosem, i dziecko zapomina wszystko co dotąd się działo” . Dopiero wówczas stało się dla mnie jasne co mam pamiętać. Wyjechałem do swojej „ziemi obiecanej”. Dostałem nowe życie ale nie zaponę tego co było; ani dobrych ani tych złych chwil.  Nie jestem przecież dzieckiem, któremu Bóg daje przywilej niepamiętania. Dlatego poznając tu nowych  ludzi, ucząc się wyrażać zdziwienie poprzez głębokie westchniecie na wdechu jak to robią Szwedzi czy próbując świeżego łososia, będę pamiętać co to; nienawiść, złość, miłość. Bo nie narodziłem się tu i teraz  i  nawet jeśli zdołam  coś wymazać z pamięci i zdołam kiedyś nauczyć się mówić i myśleć w języku „ziemi obiecanej” to zawsze pozostanę jak znajoma, która połowę życia mówiła po rosyjsku a połowę polsku. Teraz zaś zależnie od miejsca, w którym jest w danej myśli i śni bezwiednie  języku tego miejsca.