Wpisy z okresu: 3.2010


   

   Rano obudził mnie świst wiatru za oknem. Zwlekłem się z łóżka zaparzyłem kawę w ekspresie i zanim jeszcze na dobre wstał dzień odpaliłem samochód aby odwieżć Eda na poranny pociąg do Getebora, który w języku  szwedzkim wymawia się pieszczotliwie Jeteborii ( tyle lat chodzę po świecie i nie wiedziełem, że Geteborg to Jeteborii !!)

Właśnie barałem zakręt w prawo, kiedy Ed zaczał się nerwowo wierci i krzyczeć;
-         Gdzie jedziesz !?  Nie widzisz samochodu !!?
-         Widzę, ale jest daleko. Zdążę.
-         Zdążysz ale chyba nas zabić! Ty w ogóle nie umiesz jedzić !!
-         Umiem jeżdzić doskonale, tylko ty nie możesz siedzieć w fotelu pasażera kiedy jadę.
-         Siedziałbym spokojnie gdybyś  umiał jeżdzić!
-         Nastepnym razem ty  pojedziesz !
-         Pewnie, że ja pojade!usłyszałem na koniec  i trzaśniecie drzwi.

   Ruszyłem  z piskiem opon a po drodze mówiłem siebie; oto wdzięczność, za to że  co piątek wstaję rano, parzę kawę i zawożę na dworzec! Nawet małego słowa; dziękuję,  miłego dnia. Tak wygląda nasza miłość w piątkowy  poranek w Sverige. W domu dla uspokojenia  zabrałem się za robienie porządków. Zacząłem od wyniesienia śmieci. Kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi  uświadomiłem  sobie,  że jestem szczęśliwym posiadaczem dwóch worków odpadów, w pięknym szwedzkim zakątku Skogslyckan, który zatrzasnął klucze w domu. Cholera!!! Do wieczora,  mogę sobie szczęśliwie czekać wraz z workami śmieci i rozkoszować się naturen. Dobrze, że zostały jednak,  w kieszeniach spodni kluczyki od samochodu. Mogłem więc spakować dwa cudowne worki do bagażnika i pojechać do  jedynej znanej mi w tej okolicy osoby.( Kiedy przyjaciółka usłyszała, że liczba naszych znajomych tu w Sverige, równa jest jeden, stwierdziła że;  tak nie można żyć. No jak nie można, kiedy my tak żyjemy i jest nam z tym całkiem nieźle. Przypominamy sobie o pustynnym położeniu w takich sytuacjach, jak dzisiejsza.) Wiedziałem, że to nie będą to jednak radosne odwiedziny. Paweł wraz z Olgą przyjechali tu w tym samy czasie co my. Poznaliśmy się na promie.  Po kilku miesiącach pobytu z Sverige pewnego dnia ona powiedziała mu, że go nie kocha.  Siedzą jednak w dalszym ciągu razem bo on łudzi się, że ona zmieni zdanie a ona czeka, kiedy on uświadomi sobie, ze to już koniec. Perspektywa spędzenia kilku godzin z facetem  powtarzający  w kółko to samo pytanie; dlaczego ona nie chce być ze mną, była mniej deprymująca niż  towarzystwo dwóch worków na śmieci.  Siedziałem więc i ze zrozumieniem odpowiadałem; – nie wiem dlaczego. Nie mam pojęcia dlaczego osoba, która jeszcze kilka tygodni temu mówiła, że nie mogłaby zasnąć bez ciebie w łóżku  pewnego wieczora  przenosi twoją poduszkę do innego łóżka, mówiąc że   tak będzie lepiej. Pojęcia nie mam dlaczego: może znalazła sobie kogoś innego, może zrozumiała, że to nie miłość ale złudzenie, a może … skąd ja mam wiedzieć, nie jestem przecież Zaratustrą!? Siedziałem i wśród nieustannie powtarzanych; dlaczego, jak mogła to zrobić, o boże co ja teraz zrobię zacząłem się zastanawiać,  co decyduje o tym, że w jednej chwili  obca osoba staje się  nam bliska? Co decyduje o tym, że początkowe zauroczenie  u jednych przeistacza się  w codzienne trwanie a u innych gaśnie szybko. Czy istnieje recepta na szczęśliwy związek? Nie wiem – miłość to trudna sprawa.  Jest z nią trochę tak jak z pieczeniem drożdżowej strucli makowej, co próbuje opanować, i jak do tej pory nie specjalnie mi to wychodzi. Wszystko musi być we właściwych proporcjach bo jeżeli nie to albo; coś się rozerwie i cała zawartość wypłynie na boki, albo upadnie i będzie jak zakalec albo będzie za suche. Taka mała kuchnia jest też i tu w Sverige w tej chwili, kiedy trzeba stawić czoło nowemu. Jednym znajomym w okolicy nie wyszło, właściwie wyszedł zakalec. My jeszcze trwamy. Czasem warczymy na siebie w piątkowe poranki, brak znajomych  planujemy zrekompensować  sobie zakupem psa, wtedy wieczorami będę mógł konwersować nie tylko z Edem. Powoli też ulegamy zbiorowej hipnozie, która panuje w Sverige, pod wpływem  której wszyscy są zadowoleni ze wszystkiego, stosują zasadę: ta det lugnt czyli tylko spokojnie  i może dzięki temu znajdziemy cudowna recepturę na szczęśliwy związek,  dożyjemy 94 lat, będziemy mieli wszystkie swoje zęby, i siłę na samodzielną wyprawę na do ubikacji. Kiedy trafimy w końcu do szpitala  i położą nas na oddział, na którym będzie można jedynie spokojnie umrzeć  powiemy;  jätte bra bardzo dobrze i rozpłyniemy się powietrzu pozostawiając za sobą pogodny uśmiech.


 

   
   Nie lubię latać samolotem. Nie lubię uczucia, kiedy  żołądek podchodzi mi do gardła w trakcie wzbijania się w niebo. Nie lubię, kiedy ciśnienie rozsadza mi bębenki w uszach. Nie lubię patrzyć przez oko na małe domki na ziemi,  bo od razu wydaje mi sie, że samolot zacznie spadać. Najbardziej nie lubię momentu, kiedy samolot zniża się do lądowania bo czuje jak wbrew prawom fizyki ciało cofało się do tyłu.  Kiedyś oglądałem stary holywoodzki film, na którym jakaś angielska milonerka przekonywała swoja przyjaciółkę, że najlepiej  znosi się lot samolotem po trzech szklaneczkach szkodzkiej whiski. Tym razem jednak  nie uskuteczniałem znanego  sposobu. 

   Po raz pierwszy odkąd zamieszkałem w Szwecji wracałem do kraju. Gdy po wylądowaniu na Okęciu jechałem taksówką ulicami Warszwy nie poczułem jednak trzepotania skrzydeł, ścisku gardła, z powodu; że oto znowu jestem w Polsce, że zaraz będe w domu. Bałem się tej wizyty. Bałem się jak przywitaja ludzie.  Czy świat  tam, wogóle zuważy moje chwilowe pojawienie.
Zauważył. Jeszcze  nie dotrałem do  domu rodziców,  a już chórek starych kurek czyli sąsiadek dostrzegł mnie na horyzoncie. Jedna chodzi z pieskiem nie – pieskiem ( bo ten szczurek nie wiadomo do czego jest podobny), druga –  ciągle zamiata schody, bo wtedy najłatwiej widzieć, kto przychodzi, trzecia – kilka razy dziennie pojawia się w pobliskim sklepie, a to zapomniała  soli a to cebulki do zupki.  Wszystkie z regularnością zegara atomowego spotykają się przynajmniej czterty razy dziennie na osiedlowej ścieżce wymieniając  się najświezszymi wieściami.  Trudno zatem dziwić się, że  mnie dostrzegły. One zauważyłyby  nawet pojawienie się mrówki,  bo jest to powód  dobry do plotek jak każdy inny.  Mama przywitała mnie zasmażaną kapusta, tata kieliszkiem koniaku  i zrobiło mi się  anielsko. 
   
   Najbardziej bałem się powrotu do tego, od czego uciekłem; pracy.  Tym bardziej, że czekała mnie zaległa impreza piwna. Zadzwoniłem więc do  wszystkich  i zaprosiłem do pobliskiego pabu. I wszystko przez moment  wyglądało jak dawniej  w notkach, które sam tworzyłem lub czytałem często w pracy. W dniu tym a tym o godzinie tej a tej, tam a tam  odbyło się spotkanie. Obecni byli prawie wszyscy. Rafał,  chłopak  z przerwą pomiędzy górnymi jedynkami, dla kórego  cały świat był kobietą. Gdy był młody, jak kiedyś powiedział w żartach, naiwnie sądził,  że Cindy Crawford z jego plakatów jest tak doskonała, iż musi pierdzieć fiołkami. Dlatego zyskał w moich oczach przydomek; pierdzący fiołkami. Piękny Michał – na którego cudownych mięsniach Ed  zawieszał wzrok gdy zdarzyło sie mu bywać u mnie w pracy.  Horpyna, co wygladała jak nie – kobieta. Dziennie wpala dwie paczki  goldenów i mówi, że jej płuca są do tego przyzwyczajone. Mario – czarodziej, którego ręce potrafiły z komputerem wszysko. Poznałem go, gdy trafił do mojego wydziału  i pewnego wolnego popołudnia opowiadał mi  o potędze macierzy a ja w głowie miałem tylko jego okrągłe pośladki, które zobaczyłem  gdy nachylał się by ponieść długopis, z podłogi. Był to jedyny przypadek w pracy,  kiedy moja samokontrola  zrobiła sobie wolne. Kazek, który teraz pić już nie może ale w czasach, gdy  z żonatego heteryka przeistaczałem się w  homo, dojrzewajacego do decyji o rozwodzie, w trakcie długotrwałych delegacji był wiernym towarzyszem moich  pijackich eskapad, i dbał o to, bym po szleństwach nocy trafił grzecznie do łóżka. Dlatego ubolewałem, że obecne nasze spotkanie, z jego strony musiało się ograniczyć do soku pomarańczowego. No i oczywiscie Wojtek, którego jakoś dziwnym trafem nigdy nie obdarzyłem żadnym mianem. Trafił do firmy  kilka lat temu i niepostrzeżenie ze zwykłego chłopaka stał się; najpierw kumplem z pokoju,  kiedy awansowałem moją prawa ręka, a z czasem po prostu kimś, kogo obecność nawet w moim zyciu prywatnym stała się tak oczywista jak powietrze sądze, że moja dla niego również. Gdy wyjeżdżałem powiedziałem mu, że będzie mi go brakować.  Gdy spotkaliśmy się teraz po moim przylocie usłyszałem w odpowiedzi; – Dobrze cię  w końcu widzieć. I
 jeszcze inni, których moje oczy serdecznie powitały. Byli ci, co chcieli przyjść, i których zaprosić chciałem. 
   Nie było tych, dzieki którym moja praca w ciągu ostatnich trzech lat upodobniła się do ścieżki wyłożonej rozżarzonymi węglami, którą musiałem pokonywać codziennie z mozołem.  Marek  właściciel ogromnego brzucha – mój bezpośredni szef. Ten brzuch, to była jego marka, która zastępowała wszystko, nawet głowę. Dlatego musiałem znosić około trzydzieści telefonów służbowych dziennie: z których większość zaczynała się od słów; -wiesz wpadłem na taki pomysł. Potem wiekszość swojego czasu marnowałem na wymyślanie sposobów;  jak  sprawić aby jego wyskość brzuch doszedł do wniosku, że pomysł jego autorstwa nie może przynieść  pożądanego efektu. Były takie chwile, kiedy podnosząc deskę klozetową zastanawiałem się czy nie zobaczę tam jego brzucha. Maria przełozona Marka, nazwana całkiem słusznie suką bez serca, która nawet najgłupszy pomysł właściciela ogromnego brzucha  chciała wprowadzać w życie. Wiedząc, że tego tandemu nie będzie a wieść o spotkaniu i moim pojawieniu szybko do nich dotrze wszedłem do baru z uśmiechem na ustach, w nowych; spodniach, bluzie i okularach  Verscace.

- No jezeli życie w Szwecji tak wpływa na ludzi to przenosimy sie tam wszyscy?!!-   Usłyszałem na powitanie. 

   Wyszyscy pytali jak tam jest; a ja odpowiadałem  każdemu z osobna i wszystkim;  że to kraj mlekim i miodem płynący, gdzie trzy rzeczy są bardzo istotne. Wszystko jest jätte duktig  czyli bardzo dobre.To niepozorne określenie kryje w sobie wiele znaczeń.  Jätte duktig jest krowa,  samochód, szwedzkie jabłka, także ty jesteś jätte duktig jeżeli coś mówisz po szwedzku. To taki kraj, w którym wszystko jest jätte duktig a szwedzi są zadowoleni ze wszystkiego, nawet z wyskoich podatków, bo jak ostatnio usłyszałem, dzięki temu jest w Szwecji tak dobrze.  Drugą ważną sprawa jest möte. Trwały element szwedzkiego życia społecznego. Möte czyli spotkanie. Kiedy w pracy  ktoś stworzy,
choćby dwie kartki  papieru  trzeba od razu zrobić möte i przedyskutować, przenalizować. Kiedy policjant w trakcie interwencji strzelił do chłopaka, który zatakował go nożem, co zrobiła policja; zorganizowała  dla młodzieży möte aby omówić zaistniałe zdarzenie. Nawet na  kurskie szwedzkiego dla obcokrajowców czyli SFI reprezentaci wszystkich uczących się grup  spotykają się raz w miesiącu  z kierownictwem szkoły na möte aby  omówić prolemy, które sie pojawiły. I każdy ma prawo powiedzieć, że; niepodoba mu się gdy ktoś niespuszczona ekstrementów w toalcie, że zbyt często zmieniają się nauczyciele, że w klasach brak jest żaluzji  a gdy słońce swieci nie można się skupić na nauce. Ed ze zdziwieniem odkrył podczas pracy  w szpitalu, że podczas möte nawet salowa ma prawo zabrać głos w sprawie leczenia pacjenta i powiedzieć, że ona zauważyła coś tam i uważa w związku z tym, że powinno się zrobić to i tamto w procesie leczenia. Oczywisście nieodłącznym elementem każdego möte jest darmowa kawa i kanapki. Może dlatego Szwedzi tak chętnie biorą w tym udział. Trzecia bardzo ważna sprawa w Szwecji jest fika czyli przerwa na kawę. 20 minut w ciagu dnia pracy. Fika celebrowana jest  niczym świętość. Podczas, której Szwedzi romawiają, plotkują i nie można im wtedy przeszkadzać.

- A jak ty się tam czujesz ? 

   Odpowiadałem znowu wszystkim i każdemu z osobna; że kiedy słyszę stwierdzenie jätte duktig zaczyna reagować jak znajoma, która  słysząc od pacjentki po raz dziesiąty z rzędu, że jest jätte duktig lekarzem stwiedziła w końcu z uśmiechem; – Oczywiście, wiem  o tym . Möte omijam szerokim łukiem, zbyt pachnie mi to socjalistyczną indokrynacją. Natomiast  upajam się każda fiką. 
   Przez moment, gdy opowiadałem wydawało mi się nawet, że wysztko było jak dawnej;  zgrana, zwarta ekipa, rozumiejąca się bez słów, działająca razem.  To było jednak tylko złudzenie, nikły cień przeszłości. Kiedy wszyscy wypili mniej lub więcej piwa, zacząli między sobą opowiadać o pracy, o problemach w domu. Siedziałem i myślałem, że  praktycznie nic się nie zmieniło tu, ale ja się zmieniłem.  Już nie moje były problemy; kto z kim ostatnio się spotyka, kto nie chciał wziąć za kogoś dyżuru, kto ostatnio więcej pije. Tylko Wojtek siedząc na przeciwko  milczał  jak ja i uśmiechał się. Jakby rozumiał,  że nic dwa razy się nie zdarza. Pewnie dlatego,  że jako jedyny nie zapmniał, że w Szwecji też istnieją  telefony a Skogslyckan nie leży w odległej galaktyce. Do tego stopnia i tak intensywanie,  że w którymś momencie Ed głośno zaczął się zastanawiać czy  to aby nie jest miłość;  - bo to przecież nienormalne zeby facet do faceta tak dzwonił, sms-ował. Dla mnie aż taka pamieć Wojtka też było zaskoczeniem ale bardzo miłym. Szczególnie, że wszyscy inni doznali po moim wyjeżdzie zbiorowej amnezji. Dlatego Ed może mówić co chce, ale ja wiem że to nie miłość ale przyjażń.
   Pod koniec tamtego wieczoru zrozumiałem że to ostatnie spotkanie w tym składzie, że z czasem coraz mniej nas będzie albo nie będzie wogóle. Wiedziałem, że nastepnego dnia oni spotkają się w firmie  przy porannej kawie  i będa opowiadać jak było na piwie  a mnie tam nie będzie i tego braku wcale nie było mi żal, i po raz pierwszy nie wstydziłem się tego uczucia. 

   Następnego wieczoru w trakcie zupelnie innego spotkania usłyszałem z ust mej dawnej powierniczki żali:

 - Wiesz ja cię nie nawet nie podziwiam. Nie rozumiem jak mogłeś  wszystko tu zostawić; dobrą pracę, pozycje i wyjechać, nie będac wcześniej choćby raz w tej Szwecji ?!!

No tak faktycznie  już zapomniałem o tym, że  tylko Ed był wcześniej w Skoglyckan i powiedział tak, tam będzie dobrze, i ja mu wierzyłem. Tak bardzo chciałem zostawić  za sobą to wszystko co było i to co, do tej pory robiłem, że pewnego pażdziernikowego poranka  ruszyłem w drogę w nieznane. Nie dla podziwu kogokolwiek ale dla siebie.  Czy tak trudno jest zrozumieć; że przychodzi taki moment w życiu, gdy nie możesz zostać w tym miejscu, w którym jesteś, nie możesz już robić tego, co robiłeś przez wiele lat, musisz iść dalej aby żyć?! 

   Na koniec odwiedziłem Kraków, który pomimo że powitał mnie temperaturą plus 13 stopni i pięknym słońcem, wydał mi się szary i brudny w porównaniu ze szwedzkimi ulicami, jakby utracił gdzieś dawna magię. I mimo, że spędziłem tam cudowne popołudnie, wieczór i poranek na rozmowie o trzecim akcie Trzech sióstr Czechowa, z kimś bardzo dla mnie ważnym, które przerywały od czasu do czasu telefony Eda; - Gdzie  do cholery wsadziłeś torbę na zakupy??! Gdzie jest proszek do prania? To mimo, że jak wspomniałem, nie lubie latać siedząc tam czekałem niecierpliwie na moment, kiedy wsiadę do samolotu i wreszcie polecę do domu.  


  • RSS