Brak polskich znakow swiadczy niechybie o tym, ze w dalszym ciagu skazany jestem na biblioteke szwedzka. Historia z internetenm a wlasciwie jego brakiem nadaje sie na maly horror dla ludzi o mocnych nerwach. To jednak zupelnie osobna opowiesc. Kiedys moze sie zmobilizuje napisze cos na ten temat. Na dzis minal juz ponad miesiac od naszego zakotwiczenia na polnocy. Nie przypszczalem, ze ktos bedzie sie martwic, ze zamilklem na blogu. Mile to. Powodow mojego milecznia bylo kilka, choc tak na prawde moze tylko jeden.

Po pierwsze: dopadlo nas przeklenstwo bialych nocy i codziennie przed snem Ed stara sie zaslonic wszystkie szpary w oknach i drzwiach aby nie dochodzilio zadne swiatlo.
Po drugie: – Nikogo tu nie poznalismy przez miesiac i nie zanosi sie na to abysmy mieli kogos poznac w przeciagu najbliszych 5 lat- stwierdza z rozaleniem Ed. W tym czasie i po tej ilosci prozaku szweduchy nie zdaza zauwazyc nawet ze jestesmy ich sasiadami.
Po trzecie: -To spakujmy sie! Nie musimy tu siedziec, mozemy wrocic – odpowiadam!
- Ale wtedy moge zapomniec  o domku nad morzem, intratnej specjalizacji- konstatuje Ed.
- No to zostajemy!
- Kiedy ja nie chce!
- To wracamy!
- A to jest na pewno dobry pomysl?

I tak mija nam dzien za dniem , oczywiscie bez nocy, na tej polnocy. Jak dlugo tego jeszcze nie wie nikt.