Biegiem wskoczyłem do wagonu. Chwilę potem zamknęły się za mną drzwi. Pociąg ruszył. Zająłem wolne miejsce naprzeciw korpulentnej brunetki z wypływającym biustem, która z zapałem podkreślała różowym flamastrem  swoje bazgroły.  Zaczęła się 11 godzina w drodze i odczuwałem już zmęczenie. Słońce przygrzewało ale przez otwarte okna wpadały podmuchy świeżego powietrza. Oczy zaczęły mi się zamykać i wtedy usłyszałem krzyk:
 - „ Za Putina, za Stalina, hej! ”. Pochodził on z  sąsiedniego siedzenia, od jakiegoś leśnego dziadka, z wielką brodą. ” Wiecie – krzyczał dalej – poszedłem wieczorem na policje i mówię kochany panie komendancie drogi chciałem zgłosić kradzież, poważna rzecz mówię, kradzież. A co panu ukradli pyta mnie władza, to ja mu otwarcie mówię; słońce komendancie kochany, słońce. Teraz jest ciemno i nie wiem jak mam trafić do domu” .
Wszyscy w przedziale uśmiechnęli się do siebie. Chłopak, który z zapałem studiował podręcznik do nauki  języka japońskiego. Pan z wąsem, cichutko stukający w klawiaturę  komputera, Pani z rozwianymi włosami we wszystkich kolorach tęczy, nawet Babcia w za dużych butach, przerwała  na chwilę wyciąganie siwych włosów z głowy.
- ” Tak, Tak! Jeżeli słońce ukradną nigdzie nie traficie, nic nie zrobicie! Za Putina, za Stalina, hej!- zakończył swój wywód i opadał na siedzenie. 

   Zmierzając z północy, gdzie pozostał Ed, na południe, gdzie na jakiś czas pozstanę,  zacząłem się zastanawiać; czy to obłąkańcze myśli leśnego dziadka z brodą, czy może objawiona prawda. Podobno życie jest nieustającą podróżą w czasie, przestrzeni i w głąb nas samych. Zdarzają się jednak takie chwile, gdy coś się dzieje wokół i w nas, jednak sens i znaczenie tego odkrywamy dopiero po jakimś czasie. Przekonam się  pewnie niedługo czy faktycznie ktoś ukradł słońce.