Pierwszy dzień lata siedziałem cały dzień w domu i czekałem na listonosza. Nie przyszedł. Nie przychodzi już drugi dzień z rzędu. Jak na złość. Nie wie, że czekam na ważne wiadomości.

- Cieszę się, że odpowiadają panu zaproponowane warunki. Kiedy tylko  podpisze pan umowę przesłaną pocztą może rozpaczać współpracę – usłyszałem ostatnio na spotkaniu w sprawie pracy.

Wyglądam więc przez okno i wypatruje pana z kopertą. Nie ma.  Zamiast niego widzę dwóch łysych młodzieńców w dresach. Siedzą przy sąsiednim bloku i popiją piwo z puszki. Słońce na niebie zakrywają czarne chmury.

- Potwierdzone notarialnie dokumenty wysłaliśmy panu listem poleconym. Z tym kompletem dokumentów będzie pan mógł zarejestrować kupiony samochód – powiedział glos przez telefon.

Wyglądam więc przez okno i wypatruje pana z kopertą. Nie ma. Zamiast tego widzę jak dwóch łysych młodzieńców w dresach, wyrzucają puszki i ruszają w stronę  rozklekotanego mercedesa. Wsiadają do środka, włączają silnik. Za czarnych chmur promienie słońca próbują się nieznacznie przebić.

- Przede wszystkim czekam jednak  na jeden list; od nieznanego nadawcy, który prześle mi odrobinę wiary, bym co rano mógł powtarzać: wszystko jest możliwe! – wyszeptałem do siebie.

Wyglądam więc przez okno i wypatruje pana z kopertą. Nie ma. Zamiast tego widzę jak dwóch łysych młodzieńców w rozklekotanym mercedesie, odjeżdża. Z czarnych chmur zaczyna padać deszcz, przez który przebijają się promienie słońca. Za odjeżdżającym samochodem pojawia się tęcza.

Wyglądam znów przez okno i wypatruje pana z kopertą i czekam. Zamiast niego słyszę śpiew skowronków, gwizd parowozu, szum rzeki, wiatr a nawet mewy nad morzem. Chyba mi odbija w ten pierwszy dzień lata i od nadmiaru czekania, i siedzenia samemu.