Minął miesiąc.  Podjąłem dwie prace. W przypadku jednej przekonałem się, że w naszym kochanym kraju są jeszcze demoludy w postaci państwowych instytucji, w których za publiczne pieniądze kilka osób określanych mianem naczelnej dyrekcji, pociotków, lizydupów uczyniło sobie prywatny folwark i dobrze im się wiedzie. W drugim przypadku zobaczyłem krwiożercze oblicze kapitalistycznego rynku, dla którego nawet tragiczna śmierć jest okazją do pomnożenia zysków i nic innego się nie liczy.  Obydwie jednak rzuciłem zanim ktokolwiek zauważył, że tam byłem. Niedługo będę rozpoczynał trzecią. Zobaczymy co się okaże. Mówią, że do trzech razy sztuka. Na tydzień przyjechał z nad morza Ed i kiedy miał wyjeżdżać ogarnął mnie smutek. Lipiec powoli dobiega końca. Lipy przestały już tak intensywnie pachnieć. Pada deszcz. Przeczytałem w końcu Gottland i zadumałem się nad  wyczytanymi tam słowami:

Życie jest mężczyzną

Z powodu którego wariuje każda   ( ja bym napisał każdy )

A ja mu ufam, choć jest zakłamany

Jednak mu wierzę

Bo z nieba jest zesłany

Choć niebo bywa czasem zachmurzone

Życie to facet, który nie jest mi obcy

To nie jest dobry gość

Dlatego tak go kocham

Gdy przeraża mnie jego głos

Który nagle powie dość

I zniknie…

 

Czy dla kogoś te słowa brzmią jeszcze znajomo?