Wpisy z okresu: 10.2011


 

 

Czasem tak jest, że poznajemy ludzi, którzy od pierwszej chwili wzbudzają w nas pozytywne emocje, na których widok od razu się uśmiechamy. Trudno określić z czego to wynika. Może to kwestia podobieństwa charakterów a może powinowactwo dusz? Nie wydaje mi się aby w takich razach dało się znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Takie spotkania mają w sobie więcej z magii niż rzeczywistości. Do tej pory zawsze zdarzało mi się spotkać kogoś takiego,  raz na jakiś czas. Jednak odkąd zacząłem pracować W Krainie Błękitnych Ważek jak ochrzciłem swoją firmę, w jednym czasie zetknąłem się z trzema takimi osobami.

 

Grzybobranie


Pierwszego spotkałem krótko po tym, jak zacząłem pracę. Krzyś to 28-letni facet. Kategoria dużego misia, z  wielkim brzuchem, bo lubi piwo jak Puchatek miód. Ciągle się uśmiecha, sypie kawał za kawałem ( jeden gorszy od drugiego) i usta mu się nie zamykają na przemian mówi i je, jakby funkcja przeżuwania połączona była u niego z funkcją opowiadania; o tym co robi, myśli, co by chciał. Poza tym ma potrzebę nieustannego stawiania pytań, które jak żywo przypominają te z  Puchatka: – a po co, dlaczego, a czemu to tak trzeba, aż w pewnym momencie zaczynam się łapać na tym, że to co do tej pory wydawało mi się oczywiste, już takim oczywistym nie jest. Odmieniam słowo Puchatek przez przypadki w odniesieniu do Krzycha nie bez powodu, bo jego historie są też trochę Puchatkowe.

- Szukam towarzysza do wyprawy na grzyby- zagadnął mnie kilka dni temu Krzyś.

- Wiesz, grzyby owszem lubię ale zjadać. Zbieracz ze mnie niestety żaden.

- Szkoda. Jakoś nie mogę znaleźć chętnego więc będę musiał pójść sam.

Dzień później Krzycho zaserwował mi w pracy bigos z grzybków, które nazbierał.

- Muszę przyznać, że masz talent do gotowania a grzybów jak widzę masz sporo w tym bigosie, musiałeś dużo nazbierać.

- No właściwie …nie – westchnął Krzyś.

- Jak to?!

- Pojechałem rano, raniutko, wszedłem do lasu a tam ciemno więc usiadłem na pieńku otworzyłem piwo i wypiłem. Potem zjadłem kanapeczki, co mi żona uszykowała, otworzyłem dwa następne piwa i czekałem aż zrobi się jasno, bo straszno było chodzić po ciemnym lesie. Kiedy wstało słońce ruszyłem w las, szukałem grzybów ale szybko się zmęczyłem. Usiadłem więc na polance i znowu wypiłem dwa piwa a potem już nogi moje nie bardzo chodzić chciały. Głupio mi jednak było do żony tak z pustymi rekami wracać, więc po drodze na targu kupiłem koszyczek grzybów.

- Krzycho, muszę przyznać, że   u r z e k ł a   m n i e   t w o j a    h i s t o r i a   grzybobrania.



Siku, kupę czy do buzi?

 


Druga osoba to dziewczyna ale jaka: lat 47, 150 centymetrów wzrostu, 100kg wagi,  wielki biust z kuszącymi pieprzykami, siwe włosy a’la Mireille Mathieu , czerwone usta i szare oczy. Kiedy zobaczyłem ja po raz pierwszy W Krainie Błękitnych Ważek, słońce rozświetlało ja od góry, wiatr rozwiewał jej garderobę na wszystkie strony świata, a włosy trzymały się sztywno na głowie niczym hełm żołnierza.

- Jak ci się tu pracuje? –zapytała.

- Nawet.- odpowiedziałem.

- Wylewny jesteś.

- Czasami.

- Już cię lubię.

Ja  polubiłem Olę, wkrótce po tym wyznaniu, bo oprócz jej dziwacznej powierzchowności biło z niej matczyno-kumpelskie ciepło, które jak tylko spotykaliśmy się w pracy dokarmiało mnie a to: pierożkami, kapuśniakiem, kołaczem z serem. 

- Sam mieszkasz. Chłop jesteś, więc sobie nie ugotujesz. Dziesiąty raz nie zjesz.- powtarzała. Chyba to kulinarne ciepło spowodowało, że potrafiliśmy ze sobą gadać godzinami, poczynając od sposobów na komary, które W krainie Błękitnych Ważek, dokuczały nam do września niemiłosiernie a kończąc na trudnościach bytu naszego. Pamiętam jak na początku jesieni, zaczęły spadać liście z drzew. Pewnego dnia zobaczyłem Olę skacząca między drzewami jak sarenka. 

- Co ty robisz?

- Zbieram liście.

- !?

- …liście klonowca, bo ja maluje obrazki na liściach.

- Co robisz?

- Takie pejzażyki w pastelach.  Suszę liście, tylko muszą być klonowca, bo są duże i po wyschnięciu się nie kruszą. Kiedy dzieciaki były małe to się z nimi farbami bawiłam. Malowałam na kartkach, liściach, i jakoś mi tak zostało. Może dlatego, że od zawsze jak tylko miałam pod ręką  kawałek kartki,  to coś tam gryzmoliłam ale przeważnie na małych skrawkach, duże przestrzenie mnie przerażają. Trochę już tego nagryzmoliłam. Kilka nawet trafiło do Japonii i Kanady. To mnie odpręża. Poza tym kreślenie świata na małej przestrzeni pozwala mi zrozumieć zasady.

Niesamowite. Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać tym, co robią a szczególnie jakie znajdują po temu uzasadnienie. Matka dwóch dorosłych facetów, żona, niekochanka, mimo, że w pracy była na każde skinienie, jak trzeba było potrafiła i 48 godzin siedzieć, kiedy przyszedł czas przedłużenia umowy o pracę, Szefostwo poinformowało ją przez kadrową, że jej etat idzie do likwidacji. Wszyscy natomiast słyszeliśmy, że na jej miejsce ma być przyjęta zgrabna, młoda Kasia, bo Szefostwo lubi właśnie takie.

- To moje 24 miejsce pracy- żaliła się do mnie – Cholera! Pamiętaj, nigdy nie przyzwyczaj się do miejsca, w którym jest ci dobrze! Tak mówiła moja mama. Za jakiś czas znajdę i 25 robotę. Trochę to potrwa ale poradzę sobie. Ćupasowi nie daruje!  Obiecał, że mi przedłuży umowę.

Na spełnienie groźby nie trzeba było długo czekać. Kilka dni później Szefostwo spotkało Olę kiedy paliła papierosa przed wejściem do biurowca, w towarzystwie kilku osób.

- Olu, mam jeszcze prośbę…

- Tak, szefie. Chcesz siku, kupę czy do buzi!

Trzeba było widzieć minę Szefostwa, jak mawiał mój kumpel, była  b e z c e n n a.



Akumulator



- Masz tu klucze. Zgłosi się po nie Piotrek z Działu Handlu Zagranicznego.

- Ale ja nie znam żadnego Piotrka  z Handlu Zagranicznego. – odpowiedziałem.

- To poznasz.

W ten oto sposób, W Krainie Błękitnych Ważek poznałem trzecią osobę, na której widok moje usta śmieją się same, choć w tym przypadku nie tylko. Na pierwszy rzut oka Piotrek sprawia wrażenie typowego playboya. Wysoki, 30-letni, masywny blondyn, z włosami na żelu a’la mokra włoszka, błękitne markowe okulary, spodnie biodrówki, rozpięta na torsie koszula i unoszący się wokół niego piżmowy zapach perfum. Kiedy jednak odezwie się tym swoim radiowym głosem, z charakterystycznym francuskim „ r ”, i uśmiechnie się pokazując szparę między górnymi jedynkami, jest tak piękny i prosty jak wschody i zachody słońca. Przy pierwszym spotkaniu wywarł na mnie spore wrażanie. Dobrze, że siedziałem, bo kolana mogły nie wytrzymać. Dwa tygodnie później, byłem wieczorem w pracy, kiedy wpadł do biura zdyszany.

- Nie masz przypadkiem kabli do akumulatora. Nie mogę odpalić auta.

Poszedłem na parking podjechałem swoim samochodem pod jego  volkswagena, podniosłem maskę, wyciągnąłem kable.

- Masz podłączaj- powiedziałem

- Nigdy tego nie robiłem.

- Ja też nie, tylko byłem świadkiem.

- Kurcze. Stary sądził, że taki poważny gościu jak ty, wie. –wypalił w moja stronę.

- No wiesz, ja młody jestem. Niewiele jeszcze wiem.

- Stary też niewiele wie. – skwitował i obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

Potem nachylając się  i prężąc, przeplątaliśmy kable przez ramiona i na odwrót aż w końcu udało nam się doprowadzić do odpalenia jego samochodu bez szkody dla nas samych i środowiska. W czasie tej plątaniny mechaniczno-fizycznych działań  napatrzyłem się na jego odsłaniające się plecy, pierś, nawdychałem piżmowego zapachu i  nałykałem jego uśmiechu. Tak, że  gdy w nocy, w łóżku zamykałem oczy, od razu pojawił się w moich snach. Chłopak grzechu wart – przyszło mi potem na myśl, kiedy przeciągałem się rankiem. Odtąd ilekroć się spotykamy W Krainie Błękitnych Ważek, ja mówię: cześć stary, on opowiada: cześć młody i stajemy, gadamy, śmiejemy się. Krótko po zdarzeniu z akumulatorem zadzwoniła do mnie znajoma i po chwili rozmowy zakrzyknęła do telefonu: 

- …Ty cały p r o m i e n i e j e s z.

- Co?!

- To musi być czymś podszyte i to coś na pewno zaczyna się na „ s”.

Nawet jeżeli jest to czymś podszyte, to na  nie zaczyna się na „s”. Swoja drogą kto by pomyślał, że jedno ładowanie akumulatora potrafi tak zbliżyć.

 

Krzycha nie widziałem od czasu wspólnego bigosowania. Ola mimo, że na wylocie wciąż tryska energią i dobrym humorem. Piotr nie zdążył przywdziać jeszcze ciepłego palta, co pozwala mi dalej podziwiać jego odsłonięty tors, i uśmiecha się coraz częściej do mnie, co zaczyna być zastanawiające. W Krainie Błękitnych Ważek pojawiły się już pierwsze przymrozki. Rankami nad stawami nisko osiadają mgły. Niestety pewnie już niedługo przyjdzie mi zostawić tę krainę szczęśliwości i ludzi tu poznanych, ale to już zupełnie inna historia.

 

Ostatnio kilka razy zabierałem się do skreślenia notki.  Jednak po napisaniu pierwszych zdań rezygnowałem. Żal, że moje słowa są tak ułonme i potrafią czasem przekazać tak niewiele.

Ostatnio również dręczy mnie przeczytana myśl:

” niewidomi śnią, 
niemi myślą,
głusi czują,
a ty czy patrząc
widzisz ?”


  • RSS