Wpisy z okresu: 12.2011

 
Zauważacie, że co jakiś czas w nasze życia wkraczają osoby, które przenikają do naszej świadomości głębiej, zajmują ją dłuższą chwilę a potem odchodzą?

W ostatni weekend odwiedziłem znajomego. Przed wyjazdem do Sverige pracowaliśmy razem. Wojtek jest typem człowieka oddanego bez reszty temu co robi. W pracy spędzaliśmy długie godzin nad papierami; analizując, obmyślając strategie, spierając się. Często zanim zdążyłem wrócić do domu, on już dzwonił bo o czymś zapomniał mi powiedzieć. Dobrze nam się razem porozumiewało, dlatego praca przenosiła się na wspólne obiady, wyjazdy, dyskusje przy piwie. Czasami miałem wrażenie, że słyszymy nawet słowa, których do siebie nie wypowiadamy. Kontakt był na tyle intensywny, że Ed zaczął w pewnym momencie twierdzić, iż ta znajomość musi być czymś podszyta. Tym bardziej, że trwała jeszcze po moim wyjedzie do Sverige, co prawda tylko jako kontakt telefoniczny ale jednak.
Minęły dwa lata i w ostatnią sobotę, kiedy ciężarna żona Wojtka nalała herbaty gruszkowej, patrzyłem na odsłaniający się obrazek kobiety na dnie filiżanki z chińskiej porcelany i nie słyszałem jego słów, jakby zaczarował mnie ten chiński aromat i oddzielała nas jakaś dźwiękoszczelna szyba.

Życie kroczy ciemnymi ścieżkami, na których człowiek gubi nie tylko drogę ale często też i ludzi, którzy jak nikły płomyk na moment stają się drogowskazem – pomyślałem. Za następne dwa lata będziemy już tylko wysyłać do siebie krótkie wiadomości tekstowe. Za kolejne dwa lata przypomnimy sobie o swoim istnieniu na święta a za jeszcze następne dwa lata zapomnimy pamiętać.

Ile takich ludzi już zniknęło. Ela. Siedziała w ostatniej szkolnej ławce rząd pod ścianą. Na wyszarpanych z zeszytu kartkach pisała do mnie listy i rzucała za plecami nauczycieli gdy zabronili siedzieć nam razem. Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Warszawę krzyknęła, że to okropne miasto, gdzie są wieczne przeciągi. Kilka lat potem przez taki przeciąg została wchłonięta i pstryk iskierka zgasła. Kazek, co miał pierś tykającą jak zegarek, od czasu gdy zamontowano w niej rozrusznik. Twierdził, że tylko pierwsza miłość jest prawdziwa. Uczył mnie tańca Greka Zorby w dyskotece „Stary Młyn”, a który w końcu zaszył się w jakimś domu pod lasem, z swoją czwarta miłością i pstryk kolejna iskierka zgasła.

Elu, śnią mi się czasem twoje listy, na kopertach których dopisywałaś odręcznie: „uwaga znaczek przyklejony lakierem do paznokci”. Kazku, chętnie wypiłbym z tobą szklaneczkę whisky w barze „U kumpla”, zagrał w biliarda, i wysłuchał po raz 151 opowieści o twojej pierwszej miłości.

Gdzie się podzialiście moi drodzy!? Czy też pijecie herbatę gruszkową i zapominacie pamiętać.

   Dlaczego zawsze tak jest, że zawodzą nas ci, w których pokładamy  nadzieje,  i po których się tego nie spodziewamy…

 

Umysł ludzki nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Z pozoru różne fakty łączy ze sobą tworząc przedziwną łamigłówkę rzeczywistości. W lokalnym radio codziennie przez 15 minut jest blok: „ ogłoszenia radiosłuchaczy ”. Każdy może zadzwonić i na żywo powiedzieć, że ma do sprzedania stare meble czy garaż do wynajęcia. Ostatnio moją uwagę zwrócił drżący kobiecy głos: „ zaginął czarny kot, wyskoczył z balkonu z trzeciego piętra…”. Zaraz z mojej pamięci wyłonił się obraz… nie, nie kota, i tym bardziej nie czarnego tylko diablo przystojnego blondyna Roberta, dawnego znajomego.

Nasze drogi skrzyżowały się wiele lat temu w początkowym okresie transformacji naszego kraju, podczas studiów. Czasy były niezwykłe: jeszcze nie umarło do końca stare a w bólach rodziło się nowe. Mimo to studiowanie jak w każdych czasach dla wielu, tak i wówczas dla mnie nie ograniczało się bynajmniej do realizacji z góry wytyczonego programu edukacyjnego ale skłaniało do angażowania się w niemal każde absurdalne przedsięwzięcie. Fascynował mnie wówczas świat czarno białej fotografii i to zamiłowanie doprowadziło mnie i Roberta do drzwi z napisem: ciemnia na poddasze budynku naszego wydziału. Robert chciał ją reaktywować, bo przecież bynajmniej nie był to przeżytek poprzedniej epoki a ja chciałem się nauczyć wywoływania zdjęć.
Dzisiaj w dobie powszechnej cyfryzacji mało kto wie jak niezwykły był proces wywołania fotografii w ciemni. Jak magiczna była chwila gdy papier fotograficzny zanurzało się w kuwecie z roztworem i lekko poruszając szczypcami czekało na pojawienie pierwszych konturów zdjęcia na białej karcie.
Robert wyglądał jak młody bóg: wysportowany, doskonale umięśniony, zawsze uśmiechnięty. Potrafił wszystko, od szybkiego wyczynowego biegania, poprzez grę na fortepianie aż do ręcznych robótek elektrycznych. Słowem cud. Ja przy nim: chudy nieborak, ze stojącymi włosami wyglądałem jak brat gorszego boga. Cud był już żonaty ale od czasu otwarcia ciemni spędzał więcej czasu ze mną niż niedawno poślubioną Anią.
Gdy tylko zamykały się za nami drzwi z napisem ciemnia stawałem się pilnym uczniem a on doświadczonym nauczycielem. Mrok, czerwone światło i duchota tamtych dni powodowały, że często siedzieliśmy w rozpiętych koszulach. Robert kochał fotografię. Ciemnia nie miała dla niego żadnych tajemnic. Był też niezwykłym nauczycielem. Zwykle ruchliwy i pełen energii tam powoli i cierpliwie pokazywał jak wywołać film, nastawić powiększalnik, wyciągnąć papier fotograficzny. Czując niepewność moich ruchów chwytał mnie za ręce dodając im wiary i pewności a ja nie oponowałem. Jego dotyk wywoływał u mnie niezrozumiałe fale gorąca i drżenie kolan. Z czasem ze zdumieniem stwierdziłem, że wyczekuje na dni kiedy mamy się spotkać w cieni, dotyk jego dłoni, drżenie nóg.
Któregoś popołudnia  w następstwie pierwszego upału czerwcowych dni zrobiło się duszno. Mieliśmy do wywołana i zrobienia zdjęcia z trzech filmów. Kilka minut po naszym wejściu do ciemni atmosfera była tak duszna, że jak na komendę i bez skrępowania zdjęliśmy koszulki i zostaliśmy tylko w krótkich spodenkach. Wszystko robiłem samodzielne. Robert stał tylko ale tak blisko ze wydawało mi się, ze słyszę jego szybkie bicie serca. Wrzuciłem pierwsze egzemplarze papieru fotograficznego do kuwety i nachyliłem aby zobaczyć jak pojawiają się pierwsze kontury zdjęcia. Robert również się pochylił tak, że jego skroń oparła się moją. Trwaliśmy w tym oparciu skroń w skroń i milczeliśmy. Nie wiem ile to trwało? Jak dla mnie całą wieczność. Na pewno wystarczająco długo aby ze zdjęcia nie wiele zostało. Wzięliśmy następne i znowu skroń w skroń a potem on zbliżył swój tułów do mojego, bezruch i cisza, która chciała eksplodować w powietrzu. Potem następne, i następne… . W tych dotykach skroń w skroń, tułów w tułów połączeni obaj nie chcieliśmy rozłączenia i obaj nie mieliśmy odwagi pójść dalej. W pewnym momencie Robert wyprostował się powiedział, że musi biec do Ani. Zostałem sam. Drżącymi rekami rozkładałem zrobione odbitki do suszenia. Na pewno były to najdziwniejsze zdjęcia jakie kiedykolwiek zrobiłem. Nigdy więcej nie mieliśmy już wspólnej sesji w ciemni.

Życie pokierowało nas w różne strony. Jednak przez długi czas trzymałem w szarej kopercie zdjęcia zrobione tamtego popołudnia, w głowie i w nogach czułem dziwne drżenie i nie wiedzałem co z tym począć. Kilka lat potem gdy wspomnienia wyblakły od znajomego dowiedziałem się, że Robert szybko odszedł od Ani. „ Nie było to zwykłe rozstanie. W trakcie rozmowy prowadzonej na balkonie akademika oświadczył Ani , że to już koniec, że nic go nie jest w stanie przy niej zatrzymać i jak stał wyskoczył z balkonu na szczęście parterowego. Podobno odszedł od niej dla jakiegoś faceta, z którym zaraz zamieszkał ale mówili, że nie przetrwało to długo”. Nie rozumiałem wtedy do końca postępowania Roberta. Może dlatego, że sam byłem wówczas żonaty i takie rozwiązanie wydawało mi się szalone.
Sądziłem, że cała sprawa pozostanie już tylko historią ale znowu minęło kilka lat. Spotkałem Roberta w blasku słońca na ruchliwej ulicy. Wtedy przestałem już być żonaty. Staliśmy naprzeciw siebie na przejściu dla pieszych, czekaliśmy na zielone światło. Widać było, że wraz z upływem lat stracił gdzieś swój blond urok. Stał samotnie i patrzył przed siebie bez celu. Chciałem podejść, uśmiechnąć się, uścisnąć rękę i powiedzieć, że rozumiem. Chodziło o dobre miejsce, którego każdy szuka. Dobre miejsce to przecież dom, w którym znajdujesz bratnią duszę a póki to nie nastąpi musisz biec. Nie możesz siedzieć, musisz biec. Przez balkon, płot, rzekę musisz biec aby odnaleźć swoje dobre miejsce. Nie można dać się zwieść możliwości odpoczynku w pierwszym lepszym miejscu. Trzeba dobiec do celu. Jednak kiedy przejechały samochody i zmieniły się światła po drugiej stronie został tylko pył w blasku słońca. Jakby się rozpłynął.

Dlatego droga pani radiosłuchaczko obawiam się, że czarny kot już pewnie nie wróci. Historia zna takie przykłady. Mam tylko nadzieję, że znalazł swoje dobre miejsce, bo wbrew temu co się sądzi koty nie zawsze spadają na cztery łapy.


  • RSS