Wpisy w kategorii: Bez kategorii


Dziś odkryłem  dwa siwe włosy na klacie.

2 komentarzy

Od dziś tylko w mojej bibliotece…

Choć po przemyśleniu stwierdzam,

że trafniejszym będzie określenie; najczęściej…



W ostatnią niedzielę prowadziłem miłą wymianę zdań na temat sposobów picia wódki. Pochodzę z południa więc należę do tych, co z dziadka na ojca pielęgnują tradycję picia wódki z jednego kieliszka. Czym bardziej na północ tym mniej zwolenników pożytkowania tego trunku tym sposobem a więcej wychodzących z założenia, że korzystanie z naczynia po kimś jest mało higieniczne lub może oddziaływać  niekorzystnie, jak w przytoczonym w czasie konwersacji przykładzie, gdzie ktoś „za każdym razem jak coś wypił po teściowej, to potem (nieważne ile wypił) był zawsze pijany i nazywał to jadem teściowej”. Każdy w tym przypadku będzie miał swoje zdanie i doświadczenia.  Miejsce gdzie się urodziłem, wychowałem i spędziłem większą część dorosłego, to zakątek zasługujący na miano krainy jednego kieliszka. Spożywanie wódki z jednego kieliszka jest tu nie tyle nieodłącznym elementem celebracji biesiadnej ważnych wydarzeń ale bardziej sposobem na rozmowę, wyrażanie emocji, uczuć, poznanie. Można się z tego śmiać ale do tej pory wierny jestem czemuś, na poły ludowego przesądu; nie zaufam i nie nazwie nikogo przyjacielem jak nie wypijemy wódki z jednego kieliszka. Tak to  już jest ze kształtuje nas tradycja miejsca, z którego pochodzimy, w którym żyjemy. Czasem w formie sprzeciwu odrzucamy to jako zbędny balast czasem przyjmujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Moje pierwsze picie z jednego kieliszka miało miejsce gdy miałem 16 lat. Może nie była to najszczęśliwsza inicjacja ale cóż, nie zawsze takie rzeczy się wybiera. Wiejskie wesele. Wychodziła za mąż moja kuzynka. Dwudniowa feta na ponad 200 osób i mój pierwszy nieśmiały krok w dorosły świat. Ponieważ to była pierwsza impreza, w której nie uczestniczyłem jako dziecko, wielu, szczególnie z dalszej rodziny i sąsiadów chciał ze mną wypić mały kieliszeczek. Tym sposobem byłem jak maskotka przechodnia.  Inicjatorami tej zabawy byli:

Romek; -  no to zdrowie, pamiętam cię jak byłeś mały- uścisk, cmok, cmok,  i dyskretny pocałunek w usta
oraz
Tereska – cmok cmok, pocałunek w usta,-  jaki ty duży już jesteś.

Nie do końca wtedy rozumiałem, że był to trochę godowy taniec tych dwojga ze mną w tle.
- Fajny z ciebie facet -powtarzał Romek obłapiając mnie ramieniem i ściskając co chwile moje kolano.
- Spróbuj, jakie słodkie – mówiła Teresa, wyciągając widelczyk z kawałkiem tortu w moja stronę.
Do tej pory nie mam pewności  czy:  jego palce zapinające pewnym momencie rozpite guziki mojej koszuli  dotykały mojej skóry bo jej chciały czy chciały pokazać przed nią,  że potrafią również być opiekuńcze? Czy jej dłonie głaszczące moje włosy próbowały w nim wzbudzić zazdrość, czy potrzebowały bliskości? Nigdy się tego nie dowiem, bo jakiś czas potem Romek i Teresa, jadąc już jako para samochodem, zginęli w wypadku. Rodziny pochowały ich osobno. Odwiedzam te dwa groby gdy jestem na cmentarzu  i wiem, że na tym świecie nie dostane odpowiedzi na swoje czy ale wiem również, że każde błękitne oczy mężczyzny  i czarne włosy kobiety będą mi ich przypominały.

Kolejne picie z jednego kieliszka zdeterminowało  moje życie na następne dziesięciolecie. W szkoły średniej zakochałem się bez pamięci. Miał na imię Krzyś, był pięknym blondynem, o kręconych włosach i… błękitnych oczach oczywiście. Dołączył do nas na początku  III klasy. Przypadliśmy sobie od razu do gustu choć mieliśmy dwa różne temperamenty, charaktery. Śniłem o nim po nocach. Po kilku miesiącach znajomości wpadł do mnie do domu na weekend. Rodzice pojechali do dziadków więc chata wolna.  Gadaliśmy, wygłupialiśmy się , słuchaliśmy muzyki. Wieczorem  otworzyliśmy butelkę wódki i piliśmy  z jednego kieliszka. Wymyśliliśmy zabawę, że każdy ma zrobić  lub powiedzieć coś, na co nie miał odwagi wcześniej. Nachyliłem się więc i chciałem go pocałować. Wtedy on zasłonił dłonią moje usta i powiedział:

- Nie mogę, ja nie jestem taki. Patrząc  mi prosto w oczy dodał: - Nic się nie stało ale uważaj.

Poczułem jak umiera nadziej a rodzi się strach. Może to uważaj odnosiło się tylko do tamtej chwili, do niego? Nie wiem? Umilkłem wtedy. Nie powiedziałem co czuję. Przestraszyłem się. Pociągali mnie mężczyźni, pociągał mnie on ale bałem się odmowy, bałem się tego co może nastąpić potem,  po tym uważaj. Nigdy później nie rozmawialiśmy na temat tego co się stało. Nasze drogi się rozeszły, kiedy skończyliśmy szkołę. Krótko potem Krzych miał wypadek i zginął. Byłem na jego pogrzebie bo był moją pierwsza miłością a poza tym kiedyś powiedział, że jeżeli on umrze pierwszy to mam być na jego pogrzebie bo inaczej będzie mnie straszył. Mimo tego wciąż mnie nawiedzał w sanach. Śniłem, że ktoś puka do drzwi biegnę otworzyć a tam soi on bez twarzy wyciąga rękę i mówi:

- Chodź, albo patrzy na mnie, kiwa głową: – Nic się nie stało ale uważaj.

Ten drugi wariant snu niestety wracał bardzo często, krótko po jego śmierci. Wbił się w moje myśli tak głęboko, że następne picie z jednego kieliszka odbyło się już na moim weselu.  Podszedł do mnie wuj żony i chciał się napić powiedziałem, że bardzo chętnie ale po mojemu, z jednego kieliszka:

- No to wasze zdrowie - wzniósł toast – abyście byli ze sobą już resztę dni.

Niestety jakoś to życzenie stanęło mi w gardle  powodując niekontrolowany zwrot. Powtarzałem sobie,  że to wina alkoholu, że to nie może być zły omen aż do chwili mojego pierwszego seksu w trójkącie, kiedy po pocałunku z facetem powiedziałam żonie, że chce się rozwieść.  

Mógłbym tą opowieść ciągnąć jeszcze dalej, mnożąc wiele przykładów ale ktoś pomyśli, że to może być moja nadinterpretacja faktów, że pojedyncze zdarzenia staram się złożyć w układankę, która będzie pasowała do założonej tezy. Gwarantuje, że w krainie jednego kieliszka od wielu można usłyszeć  podobne historie tylko, że każdy ma swoje. Czy czegoś to dowodzi, nie wiem? Stwierdzam tylko, że tak jest.

Reset

8 komentarzy



Informatykiem nie jestem, ale jak większość korzystam z komputerów. Każdy pewnie będzie miał na ten temat swoja teorię ale moja jest następująca; nic tak doskonale nie wpływa na prawidłowość funkcjonowania jak mały reset. Z człowiekiem jest podobnie. Dlatego podczas pobytu w ostatni weekend w Wawie dokonałem takiego małego resetu piwno-tequiloego i… świat stał się jakby znośniejszy, zobaczyłem wokoło uśmiechniętych ludzi,  poczułem nawet zbliżającą się odwilż…

Chętnie kiedyś to powtórzę w podobnym towarzystwie…


Mrozy rodem z północnej Sverige dalej działają na moja psyche. Jakiś czas temu umarła mi komórka i świat nieco się skurczył gdy okazało się, że pamiętam tylko dwa numery telefonów. Do dziś czekam na kontakt z niektórymi, więc tą droga apeluję do milczących, odezwijcie się. W ten sposób odkryłem fundamentalną prawdę współczesnego świata, że cyfry rządzą naszym życiem nieodwołalnie. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym.  Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige, działają na moją psyche.

Ostatnio gdzieś wyczytałem, że kiedy odchodzi człowiek pozostają po nim słowa. Próbuję więc policzyć ile takich słów pamiętam. Carte blanche, wzruszyła mnie twoja historia, jestem szczęśliwym posiadaczem, płochliwy pęcherz.
- Gdzie będziesz spędzać święta?
- Na północy, nad morzem – odpowiedziałem.
- A to bogato – zaśmiał się Błękitnooki.
Zadziwiająco, jak wiele osób na południu używa tego słowa. Do tamtej chwili nie zdawałem sobie też sprawy, że słowo to może wywoływać takie konotacje. Od kiedy zmieniłem pracę i grzywa Błękitnookiego nie zaprząta już moich myśli tyle razy ile słyszę słowo bogato uśmiecham się i mam go przed oczami. Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige, działają na moją psyche.

Dwa dni temu zniknęła woda w kuchni.  Przymuszony sytuacją opukiwałem ściany w poszukiwaniu schowanych rurek. Przeklinam wszystkich zakrywaczy instalacji wodno-kanalizacyjnych. Nie lubię hydrozagadek. Nie wiem czy w wyniku opukiwania czy sama z siebie na razie wróciła ciepła i oczywiście rozlała się na posadzkę, starach pomyśleć co zrobi zimna, kiedy się pojawi. Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige…

Zauważyłem, że masowo znikają blogi. Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige albo… wirus AKTY się rozprzestrzenia. Szkoda bo dzięki nieograniczonym możliwościom tego medium poznałem sporo fajnych ludzi. Czasem zdarzali się co prawda czarodzieje z kategorii okrutnych np. Jaś, co w dzień pogrzebu papieża, doznał oświecenia i oznajmił żonie, że jest gejem, Młody co dawał dupy szwagrowi, bo jego żona była w ciąży, a przecież rodzinie się nie odmawia,  i potem cicho  płakał, gdy ten znikał po wszystkim, ale nawet oni pozostaną w mojej pamięci. Mam nadzieje, że wirus zostanie szybko powstrzymany i nie rozprzestrzeni się dalej.

Miewam ostatnio dziwne sny. Śnił mi się znany piosenkarz ( nie powiem kto, bo pewnie pomyślicie, że zbzikowałem już na dobre) ciągnął mnie nad rzekę i chciał uprawiać ze mną seks ale uciekłem. Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige, działają na moją psyche.

W nowej  pracy, kiedy mam czas słucham z Maćkiem entuzjasta Elli Fitzgerald, popijam kawę z włoskiego ekspresu z Jankiem, miłośnikiem Włoch, i ze zdziwieniem odkrywam, ze inżynierowie to także ludzie z dusza, niektórzy lubią nawet Almodavara,  zapach paczuli. Swobodnie przemieszczają się ze Stanów poprzez Indie, Chiny do Australii, mówią językami ludzi tam zamieszkałych, i czasem widzą więcej niż pozornie mogłoby się wydawać. Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige…

Cały czas jednak odkąd wróciłem do Polski mam wrażenie nieprzemijającej tymczasowości. Tymczasowo na północy z Edem, tymczasowo na południu sam, i wciąż czekam, a to na koniec zimy, a to na spotkanie z Edem, a to na … tamto i owamto jak na owego Godota.Jednak, mimo że Ed wciąż dzwoni, widujemy się, układamy plany, nie wiem dlaczego mam poczucie, że czekam sam. Pewnie to wina tych mrozów rodem z północnej Sverige, działają na moją psyche.

Zadzwonił Krzyś – Miś z poprzedniej Firmy ( ten od grzybobrania)  i zapytał czy w związku z panującymi aktualnie warunkami atmosferycznymi mam ochotę na buteleczkę rumu, powiedziałem, że chętnie…


Od piątku w wawie może i tam będzie z kim spożytkować małe co nieco…


Śnieg pada już trzeci dzień. Wszędzie biało. Zima drogowców znowu zaskoczyła. Mam nawrót szwedzkiej depresji. Nie chce mi się wychodzić z domu. Ed powiedział, że nie  powinieniem panikować.  Dzień trwa przecież ponad osiem godzin a nie dwie jak pod kołem podbiegunowym. Też mi pociesznie. U niego nad morzem nie ma tego białego gówna!  Mam ochotę urżnnąć się  i obudzić wiosną albo stać się rośliną doniczkową, która jest  pielęgnowana,  doglądana, kochana i ma święty spokój,  żyjąc pod szklanym kloszem…


Przed świętami – kupić prezent.
Praca, praca, wyjazd do Eda na Święta.
Krótkie chwile razem, szybki powrót.
Znowu praca, praca.
Bo bez pracy nie ma kołaczy.

Sylwester – kupić papier toaletowy,
bo tak dalej egzystować nie można!
Próba snu,  petardy, błyski na niebie.
Kurde, co ja tu robię sam?

Nowy Rok – kupić tabletki od bólu głowy.
Praca, praca, nowe miejsce, nowa firma.
Kraina błękitnych ważek już przeszłością.
Jak będzie tu?
Ostatnio przeczytałem;
„wszystko może się wydarzyć,
nigdy jeszcze tak nie było,
żeby coś się nie wydarzyło”. 
Kto wie co  ześle  dobrotliwy Bóg ciot?

Przed świętem Trzech Króli – muszę kupić benzynę.
Jadę, wiatr dmucha tak mocno,
jakby chciał mnie porwać razem z samochodem.
Boże ciot, nie chcę jak Dorotka trafić do krainy nigdy – nigdy!
Chcę jeszcze kupić  trochę szczęścia i żyć!


Ps. cytat pochodzi z M.Witkowski ” Lubiewo”,
które ostatnio przeczytałem
i urzekła mnie książeczka


  • RSS