Wpisy w kategorii: Bez kategorii

 
Zauważacie, że co jakiś czas w nasze życia wkraczają osoby, które przenikają do naszej świadomości głębiej, zajmują ją dłuższą chwilę a potem odchodzą?

W ostatni weekend odwiedziłem znajomego. Przed wyjazdem do Sverige pracowaliśmy razem. Wojtek jest typem człowieka oddanego bez reszty temu co robi. W pracy spędzaliśmy długie godzin nad papierami; analizując, obmyślając strategie, spierając się. Często zanim zdążyłem wrócić do domu, on już dzwonił bo o czymś zapomniał mi powiedzieć. Dobrze nam się razem porozumiewało, dlatego praca przenosiła się na wspólne obiady, wyjazdy, dyskusje przy piwie. Czasami miałem wrażenie, że słyszymy nawet słowa, których do siebie nie wypowiadamy. Kontakt był na tyle intensywny, że Ed zaczął w pewnym momencie twierdzić, iż ta znajomość musi być czymś podszyta. Tym bardziej, że trwała jeszcze po moim wyjedzie do Sverige, co prawda tylko jako kontakt telefoniczny ale jednak.
Minęły dwa lata i w ostatnią sobotę, kiedy ciężarna żona Wojtka nalała herbaty gruszkowej, patrzyłem na odsłaniający się obrazek kobiety na dnie filiżanki z chińskiej porcelany i nie słyszałem jego słów, jakby zaczarował mnie ten chiński aromat i oddzielała nas jakaś dźwiękoszczelna szyba.

Życie kroczy ciemnymi ścieżkami, na których człowiek gubi nie tylko drogę ale często też i ludzi, którzy jak nikły płomyk na moment stają się drogowskazem – pomyślałem. Za następne dwa lata będziemy już tylko wysyłać do siebie krótkie wiadomości tekstowe. Za kolejne dwa lata przypomnimy sobie o swoim istnieniu na święta a za jeszcze następne dwa lata zapomnimy pamiętać.

Ile takich ludzi już zniknęło. Ela. Siedziała w ostatniej szkolnej ławce rząd pod ścianą. Na wyszarpanych z zeszytu kartkach pisała do mnie listy i rzucała za plecami nauczycieli gdy zabronili siedzieć nam razem. Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Warszawę krzyknęła, że to okropne miasto, gdzie są wieczne przeciągi. Kilka lat potem przez taki przeciąg została wchłonięta i pstryk iskierka zgasła. Kazek, co miał pierś tykającą jak zegarek, od czasu gdy zamontowano w niej rozrusznik. Twierdził, że tylko pierwsza miłość jest prawdziwa. Uczył mnie tańca Greka Zorby w dyskotece „Stary Młyn”, a który w końcu zaszył się w jakimś domu pod lasem, z swoją czwarta miłością i pstryk kolejna iskierka zgasła.

Elu, śnią mi się czasem twoje listy, na kopertach których dopisywałaś odręcznie: „uwaga znaczek przyklejony lakierem do paznokci”. Kazku, chętnie wypiłbym z tobą szklaneczkę whisky w barze „U kumpla”, zagrał w biliarda, i wysłuchał po raz 151 opowieści o twojej pierwszej miłości.

Gdzie się podzialiście moi drodzy!? Czy też pijecie herbatę gruszkową i zapominacie pamiętać.

   Dlaczego zawsze tak jest, że zawodzą nas ci, w których pokładamy  nadzieje,  i po których się tego nie spodziewamy…

 

Umysł ludzki nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Z pozoru różne fakty łączy ze sobą tworząc przedziwną łamigłówkę rzeczywistości. W lokalnym radio codziennie przez 15 minut jest blok: „ ogłoszenia radiosłuchaczy ”. Każdy może zadzwonić i na żywo powiedzieć, że ma do sprzedania stare meble czy garaż do wynajęcia. Ostatnio moją uwagę zwrócił drżący kobiecy głos: „ zaginął czarny kot, wyskoczył z balkonu z trzeciego piętra…”. Zaraz z mojej pamięci wyłonił się obraz… nie, nie kota, i tym bardziej nie czarnego tylko diablo przystojnego blondyna Roberta, dawnego znajomego.

Nasze drogi skrzyżowały się wiele lat temu w początkowym okresie transformacji naszego kraju, podczas studiów. Czasy były niezwykłe: jeszcze nie umarło do końca stare a w bólach rodziło się nowe. Mimo to studiowanie jak w każdych czasach dla wielu, tak i wówczas dla mnie nie ograniczało się bynajmniej do realizacji z góry wytyczonego programu edukacyjnego ale skłaniało do angażowania się w niemal każde absurdalne przedsięwzięcie. Fascynował mnie wówczas świat czarno białej fotografii i to zamiłowanie doprowadziło mnie i Roberta do drzwi z napisem: ciemnia na poddasze budynku naszego wydziału. Robert chciał ją reaktywować, bo przecież bynajmniej nie był to przeżytek poprzedniej epoki a ja chciałem się nauczyć wywoływania zdjęć.
Dzisiaj w dobie powszechnej cyfryzacji mało kto wie jak niezwykły był proces wywołania fotografii w ciemni. Jak magiczna była chwila gdy papier fotograficzny zanurzało się w kuwecie z roztworem i lekko poruszając szczypcami czekało na pojawienie pierwszych konturów zdjęcia na białej karcie.
Robert wyglądał jak młody bóg: wysportowany, doskonale umięśniony, zawsze uśmiechnięty. Potrafił wszystko, od szybkiego wyczynowego biegania, poprzez grę na fortepianie aż do ręcznych robótek elektrycznych. Słowem cud. Ja przy nim: chudy nieborak, ze stojącymi włosami wyglądałem jak brat gorszego boga. Cud był już żonaty ale od czasu otwarcia ciemni spędzał więcej czasu ze mną niż niedawno poślubioną Anią.
Gdy tylko zamykały się za nami drzwi z napisem ciemnia stawałem się pilnym uczniem a on doświadczonym nauczycielem. Mrok, czerwone światło i duchota tamtych dni powodowały, że często siedzieliśmy w rozpiętych koszulach. Robert kochał fotografię. Ciemnia nie miała dla niego żadnych tajemnic. Był też niezwykłym nauczycielem. Zwykle ruchliwy i pełen energii tam powoli i cierpliwie pokazywał jak wywołać film, nastawić powiększalnik, wyciągnąć papier fotograficzny. Czując niepewność moich ruchów chwytał mnie za ręce dodając im wiary i pewności a ja nie oponowałem. Jego dotyk wywoływał u mnie niezrozumiałe fale gorąca i drżenie kolan. Z czasem ze zdumieniem stwierdziłem, że wyczekuje na dni kiedy mamy się spotkać w cieni, dotyk jego dłoni, drżenie nóg.
Któregoś popołudnia  w następstwie pierwszego upału czerwcowych dni zrobiło się duszno. Mieliśmy do wywołana i zrobienia zdjęcia z trzech filmów. Kilka minut po naszym wejściu do ciemni atmosfera była tak duszna, że jak na komendę i bez skrępowania zdjęliśmy koszulki i zostaliśmy tylko w krótkich spodenkach. Wszystko robiłem samodzielne. Robert stał tylko ale tak blisko ze wydawało mi się, ze słyszę jego szybkie bicie serca. Wrzuciłem pierwsze egzemplarze papieru fotograficznego do kuwety i nachyliłem aby zobaczyć jak pojawiają się pierwsze kontury zdjęcia. Robert również się pochylił tak, że jego skroń oparła się moją. Trwaliśmy w tym oparciu skroń w skroń i milczeliśmy. Nie wiem ile to trwało? Jak dla mnie całą wieczność. Na pewno wystarczająco długo aby ze zdjęcia nie wiele zostało. Wzięliśmy następne i znowu skroń w skroń a potem on zbliżył swój tułów do mojego, bezruch i cisza, która chciała eksplodować w powietrzu. Potem następne, i następne… . W tych dotykach skroń w skroń, tułów w tułów połączeni obaj nie chcieliśmy rozłączenia i obaj nie mieliśmy odwagi pójść dalej. W pewnym momencie Robert wyprostował się powiedział, że musi biec do Ani. Zostałem sam. Drżącymi rekami rozkładałem zrobione odbitki do suszenia. Na pewno były to najdziwniejsze zdjęcia jakie kiedykolwiek zrobiłem. Nigdy więcej nie mieliśmy już wspólnej sesji w ciemni.

Życie pokierowało nas w różne strony. Jednak przez długi czas trzymałem w szarej kopercie zdjęcia zrobione tamtego popołudnia, w głowie i w nogach czułem dziwne drżenie i nie wiedzałem co z tym począć. Kilka lat potem gdy wspomnienia wyblakły od znajomego dowiedziałem się, że Robert szybko odszedł od Ani. „ Nie było to zwykłe rozstanie. W trakcie rozmowy prowadzonej na balkonie akademika oświadczył Ani , że to już koniec, że nic go nie jest w stanie przy niej zatrzymać i jak stał wyskoczył z balkonu na szczęście parterowego. Podobno odszedł od niej dla jakiegoś faceta, z którym zaraz zamieszkał ale mówili, że nie przetrwało to długo”. Nie rozumiałem wtedy do końca postępowania Roberta. Może dlatego, że sam byłem wówczas żonaty i takie rozwiązanie wydawało mi się szalone.
Sądziłem, że cała sprawa pozostanie już tylko historią ale znowu minęło kilka lat. Spotkałem Roberta w blasku słońca na ruchliwej ulicy. Wtedy przestałem już być żonaty. Staliśmy naprzeciw siebie na przejściu dla pieszych, czekaliśmy na zielone światło. Widać było, że wraz z upływem lat stracił gdzieś swój blond urok. Stał samotnie i patrzył przed siebie bez celu. Chciałem podejść, uśmiechnąć się, uścisnąć rękę i powiedzieć, że rozumiem. Chodziło o dobre miejsce, którego każdy szuka. Dobre miejsce to przecież dom, w którym znajdujesz bratnią duszę a póki to nie nastąpi musisz biec. Nie możesz siedzieć, musisz biec. Przez balkon, płot, rzekę musisz biec aby odnaleźć swoje dobre miejsce. Nie można dać się zwieść możliwości odpoczynku w pierwszym lepszym miejscu. Trzeba dobiec do celu. Jednak kiedy przejechały samochody i zmieniły się światła po drugiej stronie został tylko pył w blasku słońca. Jakby się rozpłynął.

Dlatego droga pani radiosłuchaczko obawiam się, że czarny kot już pewnie nie wróci. Historia zna takie przykłady. Mam tylko nadzieję, że znalazł swoje dobre miejsce, bo wbrew temu co się sądzi koty nie zawsze spadają na cztery łapy.

SMS

7 komentarzy


Chyba za wcześnie wróciłem do pracy po chorobie. Po mrożnej nocy spędzonej na obserowaniu kicających zajęcy wróciłem zmarznięty do dom. Wziąłem ciepły prysznic i zasnąłem jak dziecko. Obudził mnie sms. Miałem tylko nadzieję, że to nie wiadomość od cichego wielbiciela, który od dwóch tygodni zasypuje mnie rano i wieczór telefonicznymi życzeniami  miłego dnia lub wieczoru,  ściskając, całując przy tym mocno jak tylko może.

” Załatwiaj jak najszybciej swoje sprawy i przyjeżdżaj do mnie. Będziemy znowu dzielić wszystkie problemy przez dwa :-) Miłego dnia, wstawaj śpiochu :-)- przeczytałem słowa Eda.

Gardło bolało mnie jak ropna rana. Kaszel znowu się nasilał.  Czułem opuchęte wargi, na których właśnie pojawiały się bolesne bąble. Włączyłem tv skąd połynął głos bohatera jednej z telenowej; „ człowiek do życia potrzebuje tylko jednego kochania, jeśli tego nie ma trzeba dać mu chociaż nadzieję, a jeśli i jej nie ma trzeba dać mu coś do roboty”. Zawsze się zastanawiam; kto pisze te dialogi.
Muszę zrobić sobie  kąpiel z olejkami z kardamonu, jałowca i czym tylko się da jeszcze, i zastanowić się nad najkrótszą drogą na północ.


   
Od soboty jestem chory, staram się leżeć grzecznie w łóżku. Kaszel męczy mnie tak, że najdrobniejsze krząknięcie rozrywa moje płuca, oskrzela i gardło. Eda niestety nie ma. Dziś wyruszył z północy na południe ale zanim dotrze, minie cała wieczność. Wszystko mnie drażni. Dla uspokojenia nerwów wszedłem do netu, włączyła się reklama. Chcesz wiedzieć ile jeszcze pożyjesz kliknij. Klikam. Odpowiedz na pytania. Odpowiadam; ile mam lat,  co robię, jem , jak śpię i inne pierdoły. Uwaga! Już wiemy ile będziesz żył! Wyślij tylko sms pod nr …a  otrzymasz kod, który wpiszesz  poniżej i też dowiesz się ile będziesz żył. Kur…nic na tym świecie nie ma za darmo. Każdy chce cię tylko wyruchać w imię swojego lepiej!

- Może chciałby Pan dla nas pracować ? – usłyszałem ostatnio rozentuzjazmowany głos w telefonie – Dajemy duże możliwości rozwoju, szybką perspektywę awansu.
- No super,  tylko za ile?
-
 No wie pan na początek oferujemy może mało ale… na tym polu tez próbują ruchania bez mydła!

- Wpadniesz do nas w sobotę ? – zapytała bratowa w piątek wieczorem – mamy rocznice ślubu, posiedzimy razem, wypijemy coś.  
No dzięki! Trzeba było w sobotę popołudniu zadzwonić i zaprosić. Pracuję i nie wybieram się na żadne wspólne siedzenie i picie wódki, żeby komuś poprawić samopoczucie, a co z moim?

- Może po pracy wyskoczymy na piwo? – rzucił ostatnio propozycje Piotrek.
- Sorry, dziś jestem podniety. Wracam do domu.
- Nie?! 
No nie, bo dziś boli mnie głowa , czuje że mam gorączkę. Dwa miesiące kręciłeś przed moimi oczami tyłkiem, hipnotyzowałeś błękitnymi oczami, aż w końcu zdobyłeś się na odwagę, kiedy nie ma żony by zaproponować wspólne wyjście, bo tak ci pasuje. Ale mi dziś nie pasuje!

- To kiedy mam się przenieść na północ skoro jednak zostajesz tam na 3 lata? – zapytałem ostatnio Eda.
- Wiesz musimy to przedyskutować  jak przyjadę.

 

Cholera chce mieć znowu 5 lat i biegać po kolana w morzu suchych liści, po chodniku, czuć zapach ciepłego kakao, podawanego przez mamę do lóżka i zapomnieć że wokoło każdy coś chce ale dla siebie…

 

PS. Miała to być notka radosna o kotach, spadaniu i nie spadaniu na cztery łapy, wreszcie o cudownej jabłoni…ale to zdecydowanie innym razem…


 

 

Czasem tak jest, że poznajemy ludzi, którzy od pierwszej chwili wzbudzają w nas pozytywne emocje, na których widok od razu się uśmiechamy. Trudno określić z czego to wynika. Może to kwestia podobieństwa charakterów a może powinowactwo dusz? Nie wydaje mi się aby w takich razach dało się znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Takie spotkania mają w sobie więcej z magii niż rzeczywistości. Do tej pory zawsze zdarzało mi się spotkać kogoś takiego,  raz na jakiś czas. Jednak odkąd zacząłem pracować W Krainie Błękitnych Ważek jak ochrzciłem swoją firmę, w jednym czasie zetknąłem się z trzema takimi osobami.

 

Grzybobranie


Pierwszego spotkałem krótko po tym, jak zacząłem pracę. Krzyś to 28-letni facet. Kategoria dużego misia, z  wielkim brzuchem, bo lubi piwo jak Puchatek miód. Ciągle się uśmiecha, sypie kawał za kawałem ( jeden gorszy od drugiego) i usta mu się nie zamykają na przemian mówi i je, jakby funkcja przeżuwania połączona była u niego z funkcją opowiadania; o tym co robi, myśli, co by chciał. Poza tym ma potrzebę nieustannego stawiania pytań, które jak żywo przypominają te z  Puchatka: – a po co, dlaczego, a czemu to tak trzeba, aż w pewnym momencie zaczynam się łapać na tym, że to co do tej pory wydawało mi się oczywiste, już takim oczywistym nie jest. Odmieniam słowo Puchatek przez przypadki w odniesieniu do Krzycha nie bez powodu, bo jego historie są też trochę Puchatkowe.

- Szukam towarzysza do wyprawy na grzyby- zagadnął mnie kilka dni temu Krzyś.

- Wiesz, grzyby owszem lubię ale zjadać. Zbieracz ze mnie niestety żaden.

- Szkoda. Jakoś nie mogę znaleźć chętnego więc będę musiał pójść sam.

Dzień później Krzycho zaserwował mi w pracy bigos z grzybków, które nazbierał.

- Muszę przyznać, że masz talent do gotowania a grzybów jak widzę masz sporo w tym bigosie, musiałeś dużo nazbierać.

- No właściwie …nie – westchnął Krzyś.

- Jak to?!

- Pojechałem rano, raniutko, wszedłem do lasu a tam ciemno więc usiadłem na pieńku otworzyłem piwo i wypiłem. Potem zjadłem kanapeczki, co mi żona uszykowała, otworzyłem dwa następne piwa i czekałem aż zrobi się jasno, bo straszno było chodzić po ciemnym lesie. Kiedy wstało słońce ruszyłem w las, szukałem grzybów ale szybko się zmęczyłem. Usiadłem więc na polance i znowu wypiłem dwa piwa a potem już nogi moje nie bardzo chodzić chciały. Głupio mi jednak było do żony tak z pustymi rekami wracać, więc po drodze na targu kupiłem koszyczek grzybów.

- Krzycho, muszę przyznać, że   u r z e k ł a   m n i e   t w o j a    h i s t o r i a   grzybobrania.



Siku, kupę czy do buzi?

 


Druga osoba to dziewczyna ale jaka: lat 47, 150 centymetrów wzrostu, 100kg wagi,  wielki biust z kuszącymi pieprzykami, siwe włosy a’la Mireille Mathieu , czerwone usta i szare oczy. Kiedy zobaczyłem ja po raz pierwszy W Krainie Błękitnych Ważek, słońce rozświetlało ja od góry, wiatr rozwiewał jej garderobę na wszystkie strony świata, a włosy trzymały się sztywno na głowie niczym hełm żołnierza.

- Jak ci się tu pracuje? –zapytała.

- Nawet.- odpowiedziałem.

- Wylewny jesteś.

- Czasami.

- Już cię lubię.

Ja  polubiłem Olę, wkrótce po tym wyznaniu, bo oprócz jej dziwacznej powierzchowności biło z niej matczyno-kumpelskie ciepło, które jak tylko spotykaliśmy się w pracy dokarmiało mnie a to: pierożkami, kapuśniakiem, kołaczem z serem. 

- Sam mieszkasz. Chłop jesteś, więc sobie nie ugotujesz. Dziesiąty raz nie zjesz.- powtarzała. Chyba to kulinarne ciepło spowodowało, że potrafiliśmy ze sobą gadać godzinami, poczynając od sposobów na komary, które W krainie Błękitnych Ważek, dokuczały nam do września niemiłosiernie a kończąc na trudnościach bytu naszego. Pamiętam jak na początku jesieni, zaczęły spadać liście z drzew. Pewnego dnia zobaczyłem Olę skacząca między drzewami jak sarenka. 

- Co ty robisz?

- Zbieram liście.

- !?

- …liście klonowca, bo ja maluje obrazki na liściach.

- Co robisz?

- Takie pejzażyki w pastelach.  Suszę liście, tylko muszą być klonowca, bo są duże i po wyschnięciu się nie kruszą. Kiedy dzieciaki były małe to się z nimi farbami bawiłam. Malowałam na kartkach, liściach, i jakoś mi tak zostało. Może dlatego, że od zawsze jak tylko miałam pod ręką  kawałek kartki,  to coś tam gryzmoliłam ale przeważnie na małych skrawkach, duże przestrzenie mnie przerażają. Trochę już tego nagryzmoliłam. Kilka nawet trafiło do Japonii i Kanady. To mnie odpręża. Poza tym kreślenie świata na małej przestrzeni pozwala mi zrozumieć zasady.

Niesamowite. Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać tym, co robią a szczególnie jakie znajdują po temu uzasadnienie. Matka dwóch dorosłych facetów, żona, niekochanka, mimo, że w pracy była na każde skinienie, jak trzeba było potrafiła i 48 godzin siedzieć, kiedy przyszedł czas przedłużenia umowy o pracę, Szefostwo poinformowało ją przez kadrową, że jej etat idzie do likwidacji. Wszyscy natomiast słyszeliśmy, że na jej miejsce ma być przyjęta zgrabna, młoda Kasia, bo Szefostwo lubi właśnie takie.

- To moje 24 miejsce pracy- żaliła się do mnie – Cholera! Pamiętaj, nigdy nie przyzwyczaj się do miejsca, w którym jest ci dobrze! Tak mówiła moja mama. Za jakiś czas znajdę i 25 robotę. Trochę to potrwa ale poradzę sobie. Ćupasowi nie daruje!  Obiecał, że mi przedłuży umowę.

Na spełnienie groźby nie trzeba było długo czekać. Kilka dni później Szefostwo spotkało Olę kiedy paliła papierosa przed wejściem do biurowca, w towarzystwie kilku osób.

- Olu, mam jeszcze prośbę…

- Tak, szefie. Chcesz siku, kupę czy do buzi!

Trzeba było widzieć minę Szefostwa, jak mawiał mój kumpel, była  b e z c e n n a.



Akumulator



- Masz tu klucze. Zgłosi się po nie Piotrek z Działu Handlu Zagranicznego.

- Ale ja nie znam żadnego Piotrka  z Handlu Zagranicznego. – odpowiedziałem.

- To poznasz.

W ten oto sposób, W Krainie Błękitnych Ważek poznałem trzecią osobę, na której widok moje usta śmieją się same, choć w tym przypadku nie tylko. Na pierwszy rzut oka Piotrek sprawia wrażenie typowego playboya. Wysoki, 30-letni, masywny blondyn, z włosami na żelu a’la mokra włoszka, błękitne markowe okulary, spodnie biodrówki, rozpięta na torsie koszula i unoszący się wokół niego piżmowy zapach perfum. Kiedy jednak odezwie się tym swoim radiowym głosem, z charakterystycznym francuskim „ r ”, i uśmiechnie się pokazując szparę między górnymi jedynkami, jest tak piękny i prosty jak wschody i zachody słońca. Przy pierwszym spotkaniu wywarł na mnie spore wrażanie. Dobrze, że siedziałem, bo kolana mogły nie wytrzymać. Dwa tygodnie później, byłem wieczorem w pracy, kiedy wpadł do biura zdyszany.

- Nie masz przypadkiem kabli do akumulatora. Nie mogę odpalić auta.

Poszedłem na parking podjechałem swoim samochodem pod jego  volkswagena, podniosłem maskę, wyciągnąłem kable.

- Masz podłączaj- powiedziałem

- Nigdy tego nie robiłem.

- Ja też nie, tylko byłem świadkiem.

- Kurcze. Stary sądził, że taki poważny gościu jak ty, wie. –wypalił w moja stronę.

- No wiesz, ja młody jestem. Niewiele jeszcze wiem.

- Stary też niewiele wie. – skwitował i obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

Potem nachylając się  i prężąc, przeplątaliśmy kable przez ramiona i na odwrót aż w końcu udało nam się doprowadzić do odpalenia jego samochodu bez szkody dla nas samych i środowiska. W czasie tej plątaniny mechaniczno-fizycznych działań  napatrzyłem się na jego odsłaniające się plecy, pierś, nawdychałem piżmowego zapachu i  nałykałem jego uśmiechu. Tak, że  gdy w nocy, w łóżku zamykałem oczy, od razu pojawił się w moich snach. Chłopak grzechu wart – przyszło mi potem na myśl, kiedy przeciągałem się rankiem. Odtąd ilekroć się spotykamy W Krainie Błękitnych Ważek, ja mówię: cześć stary, on opowiada: cześć młody i stajemy, gadamy, śmiejemy się. Krótko po zdarzeniu z akumulatorem zadzwoniła do mnie znajoma i po chwili rozmowy zakrzyknęła do telefonu: 

- …Ty cały p r o m i e n i e j e s z.

- Co?!

- To musi być czymś podszyte i to coś na pewno zaczyna się na „ s”.

Nawet jeżeli jest to czymś podszyte, to na  nie zaczyna się na „s”. Swoja drogą kto by pomyślał, że jedno ładowanie akumulatora potrafi tak zbliżyć.

 

Krzycha nie widziałem od czasu wspólnego bigosowania. Ola mimo, że na wylocie wciąż tryska energią i dobrym humorem. Piotr nie zdążył przywdziać jeszcze ciepłego palta, co pozwala mi dalej podziwiać jego odsłonięty tors, i uśmiecha się coraz częściej do mnie, co zaczyna być zastanawiające. W Krainie Błękitnych Ważek pojawiły się już pierwsze przymrozki. Rankami nad stawami nisko osiadają mgły. Niestety pewnie już niedługo przyjdzie mi zostawić tę krainę szczęśliwości i ludzi tu poznanych, ale to już zupełnie inna historia.

 

Ostatnio kilka razy zabierałem się do skreślenia notki.  Jednak po napisaniu pierwszych zdań rezygnowałem. Żal, że moje słowa są tak ułonme i potrafią czasem przekazać tak niewiele.

Ostatnio również dręczy mnie przeczytana myśl:

” niewidomi śnią, 
niemi myślą,
głusi czują,
a ty czy patrząc
widzisz ?”


  • RSS