List

3 komentarzy

Mój Drogi!

    Kiedy  opuściliśmy  prom  i zaczęliśmy jechać wzdłuż poludniowo- zachodniego wybrzeża Szwecji, pierwszy obraz jaki zapadł mi w pamieć to – pomnik chłopca na gęsi, która leci. Nie wiedziałem, z której z legen czy podań są te postaci. ­ Próbowałem sobie przypomnieć  coś o gęsiach  ale wszystkie wątki mi sie mieszały. Zastanwiałem się, czego to może być symbol skoro doczekał się pomnika? Może siły człowieka,  który nie potrafiąc sam latać, potrafił zmusić gęś aby uniosła go w niebo. Nagle poczułem, że przypomniały mi się wszystkie bajki i baśnie  z czasów, gdy  byłem dzieckiem, i otwierałem zielona książke z wielkimi obrazkami.  Poczułem jak wtedy; zapach pierników i cepłego mleka, który rozchodził się w całym mieszkaniu.  Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo mało wiem o kraju, do którego przyjechałem.  To czego nie znam,  mogę wyjaśnić jedynie poprzez wymyślanie własnych znaczeń. Jak dużo czasu potrzeba będzie, by tą przepaść zapełnić wiedzą.Jadąc dalej zobaczylem kolorowe domki; czerwone, żółte , niebieskie,  pola, lasy i gładż asafltu tak prostą, że aż nudną. Zniknęły z horyzontu wieże kościołów   oraz tabliczki ostrzegające przed kontrola radarową. Dziwne, że świat wokoło może być bez znaków;  krzyża i ostrzeżeń o pomiarze szybkości poruszania się, a jazda samochodem nie przypomina rajdu terenowego z przeszkodami.

   Tak wiele  chciałbym Ci opowiedzieć i opisać, z tego co tu zastałem, kiedy jednak próbuje, uświadamiam sobie, że cały czas mam przed oczami;  dom i wszystko co zostawiłem. Przez dwa tygodnie nie śniło mi się nic, co związane byłoby ze Szwecja, miejscem do którego  w końcu dotarliśmy. W snach  jestem cały czas; w pracy, w domu rodziców w mieszkaniu z Edem – nie przekroczyłem  nawet progu promu, którego  tak bałem się przed wyjazdem a okazało się, że  w trakcie rejsu nie czułem nawet kołysania fal. 
  Tutaj wszystko płynie zupelnie innym rytmem.
Dni są dłluższe, nikt się nie śpieszy.
Przeciwnie mają czas by zchwycać się najdrobniejszymi rzeczmi. Zachwycają się wszystkim co szwedzkie – bo wszystko co szwedzkie jest duktig. Staruszki przystają w sklepie i macają gruszki; “ det är dukig!”. Kobiety w pracy rozmawiają o tym, jakie to w Szwecji są doskonałe gruszki. My też daliśmy się porwać temu szleństwu. Codziennie na stole mamy szwedzkie gruszki. Chciałem usmażć naleśniki z białym serem ale cholera; tu nie mają białego sera.  Zrobiłem więc naleśniki ze smażonymi gruszkami. Chciałem upiec placek ze śliwkami. Prosty paleck z przepisów Zofii; placek na szybko. Jedyne śliwki, które znalazełem w sklepie były zielone i twarde. Za to gruszek było do wyboru, więc na niedziele był placek na szybko z gruszkami i był: duktig(?!). Chciałem ci powiedzieć, że zamieszkaliśmy tu w dzielnicy: Skogenlyckan, co znaczy – szczęśliwy las. Chyba faktycznie jest tu szczęśliwie,  bo wieczorami nikt, nie zasłania okien, tylko zaświeca stojące na parapetach lampki nocne. Nie wiem, co one mają znaczyć. Wygladają  jak małe latarnie, które w ciemności wskazują drogę do domu. Co ranek z mogę patrzeć jak z drzewa, na przeciw mojego balkonu, schodzą wiewiórki.

   Dzisiaj powiał zimny wiatr od morza, zrobiło się chłodno. Jeszcze wczoraj  z Edem pojechałem  na wybrzeże na spacer. Zaprosili nas znajomi Polacy, przyjechali tutaj jak my. Ona jest lekarzem i pracuje w szpitalu a jej mężczyzna  bedzie próbował znależc tu sobie coś na miejscu. Spacerowaliśmy długo patrząc na wodę i snując plany na przyszłość, było  taki zwyczajne, dwie kochajace sie pary i dla nikogo nie miała znaczenia rasa, kolor skóry czy płeć.Mój Kochany Bracie, wiem że nie przeczytasz tego listu bo ja nigdy go nie wyślę ale cały czas mam nadzieje, ze przyjdzie moment,  kiedy też razem będziemy mogli pójść na długi spacer, będziemy długo rozmawiać i będzie tak zwyczajnie, że kiedy zadzwonię, poczuje w Twoim głosie zadowolenie już z samego faktu ze dzwonię jak wtedy gdy dzwonię do Mamy Zofii.    

      ściskam mocno

    Twój Gorszy Brat

  

2 listopada 2009

  

Za oknem jesienna szaruga. Minął tydzień odkąd przyjechaliśmy do Sverige. Ed poszedł pierwszy dzień do pracy. Siedzę przed pustym ekranem monitora. W mieszkaniu jest cicho. Słychać jak deszcz dzwoni o parapety. Telefon milczy głucho, tak  jakbym wraz z wyjazdem przestał istnieć. Przychodzi sms. Jednak nie!  ” Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia”. No tak, kiedy wyjeżdżasz  za granice zamykasz pewne drzwi ale otwierasz inne. Nie mamy jeszcze Internetu, darmowo korzystam z tego, który jest w bibliotece. Swój możemy zamówić jak dostaniemy personnummer, bez tego tutaj nic nie załatwisz, nie istniejesz. Skądś znajomo brzmi zasada numerycznego katalogowania ludzi. Poszliśmy złożyć papiery o nadanie tych numerów  na drugi dzień po przyjeździe. Jesteście małżeństwem zapytała urzędniczką (Polka zresztą!?) i zrobiło się tak zwyczajnie. Trochę urządziliśmy mieszkanie. Nie mamy jeszcze kwiatków w oknach ani nocnych lampek jak  wszyscy Szwedzi ale jest sympatycznie. Poszedłem wyprać pranie do pralni,  bo tutaj nie ma pralek w mieszkaniach tylko zbiorcza pralnia  z;  pralkami, wirówkami i suszarkami. Przy przerzucaniu  prania z pralki do suszarki jakaś Szwedka próbowała mi cos tłumaczyć. Jedyne co, z tego zapamiętałem  to słowo „krympa” , dlatego ze powtarzała je kilka razy dobitnie. Zrozumiałem co to znaczy dopiero, kiedy wyciągnąłem pranie z suszarki. Wszystko skurczyło się o rozmiar.  Diabli wzięli nowe podkoszulki. No tak, nieznajomość języków szkodzi!  Na pocieszenie pozostaje ugotować prawdziwy rósł z makaronem, może zrobi się cieplej i pogodniej w ten listopadowy dzień na nowej drodze życia.

- Wiem, że jestes gejem!

- To dobrze.

-  Właśnie nie dobrze! To był dla mnie szkok, kiedy sie dowiedziałam!
Dlaczego nim  zostałeś? Przecież,  to tak jakbyś sobie zafundował garb!

- I co myślisz,że teraz będę musił udowadniać wszystkim wokoło, że nie jestem wielbłądem?

- Wolisz wyjechać ?!

- Tak, wolę być wielbłądem na pustyni , niż jeszcze coś komuś udowadniać!

 
Teraz już czas wsiąść na prom.


   Nie znoszę przeprowadzek. To już moja trzecia w przeciągu dwóch lat. Kolejny raz zmieniam miejsce, ludzi. Przyniosłem kartony, które trzeba złożyć w pudełka a potem załadować do nich  rzeczy. Przecież to tak, jakby próbować spakować swoje życie. Czy to możliwe? Czy wszystko co, po nas pozostaje to kilka zapełnionych pudełek?

Pakowanie idzie mi ślamazarnie. Do wyjazdu jeszcze trochę zostało więc tłumaczę sobie, że nie ma co się śpieszyć.  Pakuje jedno, góra dwa pudełka na dzień. Trzeba przy tym zastanowić się co zabrać do Szwecji, co zostawić. Proces decyzyjny w tym zakresie nie należy do łatwych.

 

   Na pierwszy ogień poszły książki. Tego mamy z Edem najwięcej. On ma swoje książki medyczne i anglojęzyczne, ja beletrystykę. Nie rozumiem po co mu tytle książek, do których zagląda tak rzadko. Ed nie rozumie, po co mi tyle książek,  które nie są zbiorem faktów tylko zmyślonymi historiami. Podobno lekarze to otwarte umysły  ale Ed nie może do końca pogodzić się z twierdzeniem że empiryka odnosić się może zarówno do faktów jak i fikcji. Zastanawiam się co ważniejsze „Choroby wewnętrzne”  czy zbiór opowiadań Márqueza. Wezmę obie. Pewnie gdyby był Ed Márquez poszedłby do pudełka z napisem „do piwnicy”. Tym razem jednak mam przewagę i mogę decydować, co zabiorę zimnej Szwecji, a ciepło  Macondo na pewno przyda się  tam na długie zimowe wieczory.

   Dalej  zabrałem się za papiery urzędowe. Świadectwa, dyplomy, pożółkłe koperty, pisma z banków. Brr! Po co to wszystko człowiekowi?! Po co nam stosy zaświadczeń? Co one znaczną? Czy to, że mam dyplom  kucharza świadczy o tym, że ugotuje smakowity gulasz? Jeżeli świadectwo nie jest miara tego kim jesteśmy lub co umiemy, to co wtedy? Zawsze przerażała mnie moc dokumentów urzędowych; pieczątki, podpisy.

   Wśród nich są też pojedyncze kartki, listy, wizytówki, zdjęcia. 
   O! Karteczka zapisana odręcznym pismem,  z której można się dowiedzieć jak dojechać do domu mojej już byłej żony. W nią zawinięty jest stary bilet kolejowy:   mały, twardy, brązowy kartonik. Minęło tyle lat ale dalej jest miasto gdzieś w sercu Polski, gdzie z dworca kolejowego można wsiąść w   autobus nr  8  i wysiąść na 8 przystanku za cmentarzem.  Tam prosto trafić na dom z czerwonym dachem. Niestety nie mieszka tam już moja Kasia,  nie jest już zresztą moją i stała się Katarzyną.

   Woreczek z kosmykiem złotych loków mojej córy, przewiązany wstążką.  Pamiętam ścięliśmy jej długie włosy po pierwszej komunii. Teraz już nie ma złotych loków choć uśmiecha się tak samo promiennie jak dawniej.

   Wizytówka: „Piotr O… „ – pierwszy facet, z którym się spotkałem po trzech  latach małżeństwa.  Pamiętam;  że miał na szyi złoty łańcuszek z dużym krzyżykiem, pachniał drzewem cedrowym, szalenie  mi się podobał a na pożegnanie po spotkaniu,  przed wyjściem z jego domu  przytulił mnie do siebie jak nikt przedtem i pocałował w usta. Wtedy świat otworzył się przede mną. Co prawda  była to tylko mała szparka, bo kiedy kilka dni po spotkaniu zmógł mnie półpasiec, święcie wierzyłem, że to kara za moja niewierność. To jednak wystarczyło bym przestał wierzyc w kary i wszystko potoczyło się potem lawinowo.

   Koperta z listem. Na niepożółkłym jeszcze papierze  słowa  nakreślone równym pismem: „ Cześć! Mam 26 lat i jestem lekarzem…” Tak poznałem Eda, przez ogłoszenie prasowe. Napisał do mnie, nie znając mnie. Ja pojechałem na spotkanie  nie wiedząc jak wygląda Ed. Przechowuje ten list,   by nie zapomnieć tego podniecenia i nadziei jaka towarzyszyła nam na początku, moich wielkich oczu, kiedy go zobaczyłem i stwierdziłem z zdziwieniem, że  Ed nie wygląda jak chłopcy w kolorowych gazetkach ale coś mnie do niego przyciaga.

   Zdjęcie – ja i kumple z pracy w Zakopanym przy piwie. Wszyscy uśmiechnięci, obejmujemy się. Niczym starzy, dobrzy przyjaciele. Byłem na każde ich zawołanie przez ostatnie kilka lat. Dzwonili o każdej porze dnia,  nocy, w urlopy, w weekendy i  prosili o radę. Tak jakby byli pierwszy dzień w pracy i nie wiedzieli co zrobić, a ja cierpliwie tłumaczyłem, powtarzałem. Ed naśmiewał się z mnie; -„ po co odbierasz te telefony!? Wykorzystują cię a na koniec zapomną, że istniałeś”. Ja jednak uparcie wierzyłem, że ta pomoc jest im potrzebna, że to są moi przyjaciele. Odkąd powiedziałem, że odchodzę z pracy wystarczyły  trzy tygodnie, które jestem na urlopie  i telefon milczy. Nikt nie dzwoni z pytaniem: – hej co słychać,  jak się czujesz?  Teraz kiedy nie jestem w pracy, przestałem być im potrzebny. Czy to na pewno są przyjaciele?   Może Ed miał rację i za trzy tygodnie kiedy przestanę już pracować  na dobre zostanę tylko wspomnieniem, które pójdzie w niebyt wraz z ostatnim zamknięciem drzwi firmy?

 

Akt notarialny – umowa przedmałżeńska  z roku 1930  rodziców mojego taty. Nigdy nie przyznałem się, że to ja zabrałem ten dokument. Ale to jedyny materialny dowód moich więzów krwi. Tata teraz już przestał go szukać,  dobiega 80-tki i skurczył się. Robi się coraz mniejszy. Tak kurczyła się kiedyś jego mama  a moja babcia, teraz on.  Przyjdzie moment, że zrobi się tak mały, że nie będzie mógł żyć. Taka kolej rzeczy.
Ile mi czasu zostało? Ile pudełek będę w stanie jeszcze zapełnić? Czy dane mi będzie się choć trochę skurczyć?

Dlatego nie lubię pakowania, bo każda rzecz, którą dotykam stawia przede mną pytania, a ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Na razie zatrzymałem się przy papierach, a gdzie tam do garnków, talerzy, ubrań i innych rzeczy. Pakowanie zajmie mi chyba cała wieczność.

- Wiesz …- wyrwa mnie z niebytu telefon Eda  –… jestem zmęczony, nie ma siły się już uczyć szwedzkiego! Przytyłem, jestem gruby jak bania a szwedzkiego jak nie umiałem przedtem, tak nie umiem i teraz. Rozmawiałem też z naszymi szwedzkimi znajomymi. Sąsiedzi posadzili  ich, że oni zaczepiają chłopców. Stwierdzili, ze wynoszą się stamtąd. Może ten wyjazd do Szwecji nie był najlepszym pomysłem?!

- Cholera! Teraz mi to mówisz!

Piątek  godz. 17.00  


   Byłem spóźniony ale ich na szczęście jeszcze nie było. To początek weekendu.

Na drogach spory ruch. Jedni wracają ze stolicy po tygodniu pracy do domu. Inni szukają odpoczynku w promieniach jesiennego słońca. Wszyscy jednak zatrzymują się co chwilę,  przeklinają korki na drogach,  złorzeczą na rząd, który nie potrafi wybudować autostrad, i  wyzywają każdego, kto próbuje wcisnąć się samochodem przed nich. Taka to przyjemność z posiadania samochodu w tym kraju. Mam nadzieje, że już niedługo nadejdzie dzień gdy  powstanie gigantyczny korek od morza do Tatr, i  złość ludzi zmiecie tych wszystkich, co potrafią tylko urządzać wielkie biby  po oddaniu 15 kilometrów odcinka wybudowanej autostrady!

Póki co, zostawiłem samochód na parkingu i pobiegłem w poszukiwaniu ubikacji. Za ogrodzeniem parku znalazłem budkę z rysunkiem kółko i trójkąt. Kiedy wracałem dostrzegłem w promieniach słońca między drzewami, gdzieś w dole, migające odbicie tafli wody. Ciepły wiatr zdmuchiwał żółte liście z drzew, które wirowały wokół mnie gdy szedłem w stronę w jej stronę. Na brzegu  dotyknąłem wody – poczułem przyjemny chłód. Byłem tutaj tyle razy ale nigdy nie zwróciłem uwagi na to jezioro. Dzisiejsze promienie słońca chyba obudziły je dla mnie. Stałem na brzegu i ze zdumieniem patrzyłem jak jest duże i że pływają po nim łódki. Zahipnotyzował mnie ten widok. W oddali na brzegu przysiadła para młodych chłopaków. Przez chwile wydawało mi się, że trzymali się za ręce – choć może mi się przywidziało w tym słońcu.

Nigdy nie myślałem, że gdzieś w sercu Śląska może być miejsce, jak z bajki – Jezioro Paprocińskie.  No tak – cuda jednak się zdarzają.

 

Z tego błogostanu wyrwał mnie dzwonek telefonu:

- Gdzie jesteś do cholerki, już przyjechałem, czekam pod samochodem od 5 minut?!

Porzuciłem ten cudowny widok i  pobiegłem na parking. Powitałem Eda uśmiechem, on tylko wykrzywił usta. Załadowaliśmy jego bagaż do samochodu i ruszyliśmy do domu. Po chwili  znowu stanęliśmy w korku.

- Daj swój telefon - przerywał ciszę głos Eda – w moim padła bateria. Muszę zadzwonić.

Korek przesuwał się z prędkością 5 km na godzinę, ktoś ze zniecierpliwionych kierowców zaczął trąbić.

- Jak z niego się połączyć? Nie mogę! Co za głupi masz telefon!!

- To nie wina telefonu tylko, ty jesteś zły.

- Nie jestem zły tylko zmęczony a tu zamiast jechać stoimy w korku.

- Nic na to nie poradzę.

- A powinieneś.

W końcu ruszyliśmy.

Kierując patrzyłem na Eda, milczał i spoglądał w okno. Ostatnio każdy powrót z Warszawy wygląda podobnie. Kiedy przyjeżdżam po niego, widzę zmęczenie na twarzy i zaciśnięte wargi. Ciężko jest żyć pół roku na odległość, ciężko jest całymi dniami uczyć się nowego języka. Już niedługo się to skończy, już niedługo będziemy razem, już niedługo wyjedziemy.

Nareszcie dojechaliśmy do domu. Podgrzałem przygotowany obiad. Zajedliśmy. Zrobiło się cieplej. Kiedy wieczorem rozłożyłem łóżko – Ed położył  się zaraz obok i wtulił się we mnie jak dziecko. Zasnęliśmy. Po godzinie pocałował mnie w policzek;

   - Chrapiesz, idę spać do drugiego pokoju.  

  Sobota godz. 18.00

 


   Jestem z Edem już 8 lat. Znaleźliśmy swoje miejsce, mamy dom, gdzie żyjemy razem. Pół roku temu podjęliśmy decyzje o wyjeździe do Szwecji. Zawsze chcieliśmy zamieszkać za granicą. Jednak na tym etapie życia nie była to decyzja łatwa. Ed będzie tam dalej lekarzem. Ja jeszcze nie wiem, co będę robić. Mamy nadzieje, że będzie dobrze. Przed chwila rozmawialiśmy z parą, która 5 lat temu wyjechała do Szwecji. Ogólnie są zadowoleni. Powiedzieli jednak, że; – „jeżeli myślicie że Szwedzi są tolerancyjni – to spotka was rozczarowanie, nic nie powiedzą z poprawności, ale jak trzeba będzie rzucić w okno kamieniem to,  to zrobią”.


 
 Niedziela godz. 13.00  

   - Może byśmy gdzieś pojechali po obiedzie, jest takie piękne słońce?
   - Gdzie?

   - Dawno nie byliśmy w Wiśle.

Godzinę później byliśmy  w drodze do Wisły. Znowu korki. No tak, niedzielne rodzinne, popołudnie. W pierwszym samochodzie: mąż, żona, dzieci.W drugim samochodzie: mąż, żona. W trzecim samochodzie: mąż, żona, dzieci.W czwartym samochodzie: chłopak, dziewczyna…W trzydziestym dziewiątym samochodzie my; facet i facet. Ups! Zgrzyt w sielskim obrazku!

 

Wisła. Na deptaku  tłum. Poszliśmy więc nad rzekę. Nad rzeka tłum. Wraciliśmy na deptak. Znależlismy wolny stolik. Zamówiliśmy  kawę i gofry. Niestety nie były to gofry z  „ frużeliną”. Jedliśmy takie cztery lata temu Nad Soliną. Były z bitą śmietaną , wielka ilością owoców, i polewą z „ frużeliny”- z czego się składała już nie pamiętam ale smak był cudowny!

   - Pojechałbym Nad Solinę – mówi Ed – chociaż na parę dni.
   - Też bym pojechał.

Siedzielismy tak i marzylismy o morelowych wzgórzach, owianych słońcem. Marzenia pozostały dla nas jedyna namiastką   Przed wyjazdem do Szwecji nie zdążymy poczuć smaku gofrów z frużeliną. Dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że przy stoliku obok siedział facet z żoną, dziećmi i…  zerkał na mnie. Po trzydziestce, brunet, przystojny. Kilka razy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Rozpoznałem ten rodzaj spojrzenia. Każdy przecież wyczuwa, kiedy wzbudza czyjeś pożądanie. Jego żona zajęta była wycieraniem ubrudzonych czekoladą dziecięcych buzi. Ed palił papierosa i spoglądał w przeciwna stronę. Brunet zaś coraz częściej zerkał na mnie i coraz dłużej zatrzymywał swój wzrok. Chyba jesienne słońce  przygrzało mu szare komórki a może to ja miałem znowu jakieś urojenia. Ten dziwny incydent, nawet jeśli był rojeniem, wywołał wspomnienia. Będąc z Edem zapomniałem jak to jest być: żonatym i dzieciatym facetem, który kiedy tylko poczuje lekki powiew swobody,  nawet w towarzystwie rodziny ogląda się za innymi facetami ale zawsze robi to tak, by widział to  ewentualnie zainteresowany, bo przed światem trzeba się kontrolować. O nieba! Jak dobrze jest żyć bez potrzeby ukrywania własnych pragnień.

  Wracamy. Znowu korki. Wieczorem kochaliśmy się; z każdym oddechem coraz bardziej, drżeliśmy tak jakby  to był pierwszy raz. Potem zasnęliśmy nie wiedząc kiedy. Obudziliśmy się wcześnie rano. Trzeba wstawać. Ed musi wracać do Warszawy.

Minął już ostatni weekend lata

Minął ostatni dzień w mojej pracy.

Wszystko stało  się mimochodem

Nawet ja nie zauważyłem

Z drzew spadają kasztany.

Wszystko się zmienia.

Za miesiąc wyjadę z kraju.

Dziwne uczucie kiedy coś, o czym marzyłeś od wielu lat ma się spełnić.

Nie wiem jak u innych ale  ja kiedy o czymś marzę stwarzam sobie w głowie obraz  tego, co będzie. Niestety tak długo żyłem tylko wyobrażeniami, że mój obraz stał się coraz mniej realny, aż zaczął się rozmywać, zaś rzeczywistość tutaj pozwoliła zapuścić kwiatom korzenie,  puste pokoje zapełniła codzienność: ludźmi, meblami, starzejącymi się przedmiotami.

Po prostu życie.

A kiedy chodziłem do szkoły, patrząc na rzeczywistość wokoło wołałem: „ Ameryko, Ameryko!”- i chciałem uciekać  przez Berlin Zachodni na Zachód , potem dalej do Stanów, Kanady lub Australii aby móc czuć codziennie smak gumy Donald lub „ Donaldówy” jak swojsko ja nazywaliśmy. Upłynęło trochę lat i teraz tutaj można już codziennie czuć smak gumy Donald.

Czy to jednak to samo?

Czy nie dałem się nabrać  na podobny smak?

Wkrótce się przekonam…


  • RSS